
Stwierdzam, że telewizor jest jednak potrzebny do czegoś oprócz wyświetlania filmów z płyt DVD. Co jakiś czas można włączyć kanał “Ale kino!”, “Zone Europa” lub “TVP Kultura” i obejrzeć naprawdę porządny film. Jest jeszcze Polsat z niemal cyklicznymi “dziełami” z Jean-Claudem van Damme’m i Stevenem Segal’em, ale o tych perełkach kiedy indziej. W sztuce kinematografii da się wyróżnić zarówno filmy wybitne bez wad, kiczowate, ale przełomowe, a także zupełnie przeciętne. Prawdziwymi rarytasami są wielkie produkcje, których przekaz i treść jest uniwersalna, pomimo umiejscowienia w wąskim, specyficznym okresie historycznym. Niewątpliwie zalicza się do nich “Szarża lekkiej brygady”.
Tak się złożyło, że oglądając filmy historyczne, szczególnie kręcone przez zaangażowanych artystów ze Zjednoczonego Królestwa (Ken Loach, oto mój faworyt!) dostaję znieczulicy i nie emocjonuję się kiedy System ciemięży biednych, okupowanych Irlandczyków czy uciskanych robotników. Nie neguję istnienia przedstawionych problemów, po prostu jako historyk-amator staram się na nie patrzeć z szerszej perspektywy. Nie daję się porwać fali współczucia, którą reżyser nasyła na mnie jako widza- ludzie sztuki zawsze lubią generalizować. Nie ma w tym nic złego. Uważam, że uproszczenie w celu wzmocnienia przekazu to rzecz powszechna i potrzebna. Oczywiście ze wszystkim można przesadzić i tak też uczynił Tony Richardson w filmie, o którym będę pisał. Powinno mnie to mierzić, a jednak Brytyjczyk jest na tyle zdolny, że wywołał we mnie sympatię do pozytywnych bohaterów A i B oraz wielką antypatię do złych panów C, D i E.
Rzecz dzieje się krótko przed i w trakcie Wojny krymskiej. Na początku zapoznajemy się z życiem codziennym angielskich wyższych sfer i korpusu oficerskiego. Głównym bohaterem jest kapitan Nolan (świetny David Hemmings), młody, niemniej doświadczony żołnierz. Właśnie przybył on z Indii i próbuje się zaadaptować w tytułowej, elitarnej lekkiej brygadzie kawalerii. Dość, że nie potrafi się porozumieć z zadufanymi, stacjonującymi w Anglii dowódcami (symbolem jest apodyktyczny Lord Cardigan)- na dodatek cierpi katusze z powodu zawarcia małżeństwa przez ukochaną kobietę z najlepszym przyjacielem. Brzmi banalnie, niemniej wspomnianą kobietę gra Vanessa Redgrave, co jest już rekomendacją samą w sobie. Gdzieś w tle odbywają się bale i bankiety, a także życie towarzyskie który jest jednym z bohaterów pierwszej części filmu. Bo to właśnie pierwsza część jest poważnym dramatem o degeneracji stosunków interpersonalnych wśród ladies and gentlemen. Wieńczy ją wiadomość o wypowiedzeniu wojny Rosji przez Wielką Brytanię i jej sojuszników.
Gładko przechodzimy do drugiej części, która jest oryginalnym przedstawieniem warunków w jakich toczyły się działania wojenne na Półwyspie Krymskim. Brutalność, krew, smród, pył i wysoka temperatura łączą się z brytyjskim dystansem, arogancją, grzecznością i elegancją. Brak autokrytycyzmu, doświadczenia, a przede wszystkim szacunku dla prostego żołdaka zaczynają przynosić katastrofalne skutki, zaś wszystko to na przemian wydaje nam się przerażające, smutne, śmieszne i groteskowe. Całość wieńczy krótka i dosadna scena zmiecenia tytułowej szarży przez zdobyte chwilę wcześniej przez Rosjan armaty. Dodajmy, że dzięki słynnemu poematowi Tennysona, wydarzenie to stało się jednym z najważniejszych martyrologicznych mitów brytyjskiego Imperium.
Jestem niemal pewien, że Richardsonowi chodziło przede wszystkim o ośmieszenie żelaznej dyscypliny i nieudolności brytyjskiej armii czasów wiktoriańskich, niemniej zauważam tu pole dla zupełnie innej interpretacji- klasycznej, konserwatywnej w wydaniu brytyjskim. Oto Imperium po raz kolejny wyrusza bronić swoich interesów, zaś jego obrońcy zamiast czerpać z dobrobytu panującego w słodkiej Anglii męczą się w ciężkich warunkach Krymu. Angażują się by bronić zacofanego, upadającego sułtanatu. Dowodzą nimi dyletanci, zaś prawdziwie zdolni wojskowi jak kapitan Nolan ustępują przed butą i euforią ludzi pokroju Lorda Cardigana. W efekcie giną właśnie tacy jak ten pierwszy, zaś ten drugi wypiera się własnej odpowiedzialności za klęskę szarży i jeszcze kala święte nolanowe zwłoki. Można odnieść wrażenie, że podśmiewam się z tych argumentów. Bynajmniej! Uważam, że pomimo wyraźnej lewicowej perspektywy (pogarda dla burżuazji i arystokracji, brak zrozumienia dla hierarchicznej istoty wojska) Richardson pokazuje problemy, które trapiły również ówczesnych torysów. Jest to pierwszy obejrzany przeze mnie film, który tak dobrze ukazuje jak bardzo brutalną mieszankę stworzył “oświecony” nacjonalizm w połączeniu z ciągotkami hegemonialnymi. Nastroju wszystkiemu dodają animowane wstawki, stworzone w manierze XIX-wiecznych rysunków satyrycznych.
Postacie są nakreślone dosyć grubymi liniami- kapitan Nolan to elegancki wizjoner, człowiek honoru i wielkiej odwagi. Zupełnym przeciwieństwem jest butny, prostacki i rubaszny Lord Cardigan, a to przecież właśnie jego brytyjska mitologia narodowa zapamiętała jako bohatera spod Balaklawy. Jest delikatna i piękna Clarissa- nieszczęśliwa sympatia głównego bohatera. Wielkim atrybutem tego filmu jest legendarny John Gielgud w roli głównodowodzącego wojskiem Królowej Lorda Raglana. Jego dystans i pogoda ducha w kontraście z ponurą wymową filmu są jedyne w swoim rodzaju.
Od razu mi przyszło do głowy aby nakręcić podobny film o I Kompanii Kadrowej. Ukazać jak powstawała, ile było wcześniej kłótni pomiędzy polskimi stronnictwami niepodległościowymi i w końcu wymarsz. Zaś na sam koniec parę błyskawicznych scen z zamkniętymi okiennicami w podkieleckich wsiach i może nieudana próba samobójcza Piłsudskiego. No, ale to już perwersja. “Szarża lekkiej brygady” to film, który tłumaczy dlaczego w XIX-wieku konserwatyści nie powinni byli popierać interwencji w dalekich zakątkach świata. Czekam teraz na dzieło, które objaśni czemu powinni je popierać w XXI wieku (a w to nie wątpię). Całkiem blisko była “Ukryta strategia”, ale to jeszcze nie wielki film.