Majówkowy zestaw rzeczy, które warto poznać:

Autorem powyższej grafiki jest niejaki Nick Dewar, którego galerię polecam.
Napisane w www | Otagowane architektura, brutalizm, Nick Dewar, Rosja, Ukraina, wariaci | 1 Komentarz »
Majówkowy zestaw rzeczy, które warto poznać:

Autorem powyższej grafiki jest niejaki Nick Dewar, którego galerię polecam.
Napisane w www | Otagowane architektura, brutalizm, Nick Dewar, Rosja, Ukraina, wariaci | 1 Komentarz »
Krążąc pomiędzy zaskakująco słabymi opowiadaniami obozowymi Tadeusza Borowskiego i świetnymi “Płomieniami” Stanisława Brzozowskiego, miałem szczęście przeczytać “Radio Armageddon”. O debiucie Jakuba Żulczyka słyszałem pozytywne opinie, poza tym pamiętałem jego solidne artykuły dotyczące materii… gier fabularnych, no i te z Relaza- również niezłe. Prócz tego, zafrapowało mnie, iż bohaterami są dziwne dzieciaki z rocznika ‘89. W głowie zabłysnęła przysłowiowa żarówka i pojawiło się pytanie: “czy to już pierwsza powieść o moim pokoleniu?”. Serio mówiąc, najbardziej chciałem po prostu skonfrontować własny obraz rówieśników z prywatnych szkół z tym wykreowanym przez twórcę tego bloga.
Rzecz rozgrywa się w bezimiennym, całkiem sporym mieście (miejscami przypomina Warszawę, zaś innym razem różne rodzime metropolie ze wschodu). W tymże istnieje prywatne liceum- szkoła z gatunku alternatywnych, w której uczniów traktuje się równą ilością klasycznego, nudnego materiału oraz wybujałymi psychotechnikami. Oczywiście sami licealiści zdają sobie sprawę z tego, że ich coroczne zdawanie jest wliczone w niemałe czesne. W związku z tym skupiają się na tradycyjnych rzeczach- używkach, ciuchach, odszukiwaniu się wśród rówieśników, ale o żulczykowym portrecie młodzieży później. Parę miesięcy przed maturą w szkole pojawia się nowy uczeń. Bladolicy, bardzo inteligentny, ale dziwaczny Cyprian. Od razu zaznajamia się z ludźmi, którzy są nim szczerze zafascynowani, a zarazem jemu samemu wydają się być nieco wyrastający ponad przeciętną. Są to oczytana, piękna Nadzieja (tak, to jej prawdziwe imię), krótko trzymany przez rodziców Szymon oraz wybuchowy Gnat. To właśnie powyższa czwórka zakłada tytułowy zespół muzyczny, czyli “Radio Armageddon”. Żulczyk nie przejmuje się za bardzo porządkowaniem fabuły według czasu. Sama historia zjawiska społecznego jakim stała się grupa, zaczyna się w momencie gdy nagle znika Cyprian.
Niewątpliwie autor ma świetny zmysł obserwacji. Dokładność z jaką wytyka pozornie zupełnie nieważne elementy- dziewczyny w baletkach, śmierdzące potem grających w Counter Strike’a kafejki internetowe, późne posiłki w McDonald’sie- robi wrażenie. Możliwe, że tylko na ludziach z mojego rocznika i okolicznych, bo o niczym nie czyta się tak dobrze jak o sobie. Na pewno nie można “Radia…” uznać za panoramę polskiej młodzieży. Primo, jest to niemożliwe choćby z tego powodu, że np.w Warszawie sprawa wygląda zupełnie inaczej niż 50 km na wschód od niej. Secundo, o ile na początku widać jeszcze pretensje Żulczyka do opisania zbiorowości uczniów prywatnego liceum, o tyle wraz z przeczytanymi stronami, fabuła skupia się na konkretnych bohaterach. Tertio, sam pisarz nie miał zapewne intencji odmalowywania całego pokolenia, choć przez całość fabuły przebija nie pierwszej świeżości wniosek- dorastająca młodzież jest “pusta”. Wydarzenia, które dzieją się w dalszej części książki jakby udowadniają tezę, że każdemu pokoleniu potrzebny jest bunt/kultowy zespół/kultowy film/ruch polityczny itd. Robi to w sposób całkiem przekonujący. Oczywiście jest tu parę kropel przerysowania i groteski, ale w znacznej mierze jest to mikstura realistyczna. Dowodem na to jest choćby fakt, iż Radio Armageddon jest gotowe rozpalić cały świat, ale udział w tym muszą mieć koncerny płytowe, agencje PR, firmy robiące gadżety i sprytni manager’owie w drogich marynarkach. Obrazowo mówiąc- Atari Teenage Riot musi w pewnym momencie dogadać się z Tokyo Hotel.
Mimo wszystko, słusznie powiadają uczeni recenzenci, że jest to książka o dorastaniu. Można ją zaklasyfikować jako “pożegnanie z młodością”, choć wydaje mi się, że gdzieś w treści widać żal autora, że przez ostatnie kilkanaście (kilkadziesiąt?) lat nie było wybuchu młodzieżowego gniewu. Przecież to pokolenie urodzone pod koniec lat 80-tych również mogło najpierw mieć własną Siekierę, czy Dr.Hackenbush’a, a dopiero potem dać się zmielić w maszynie pełnej iPod’ów, płatnych studiów i muzyki relaksacyjnej w modnych klubach. Tak jak amerykańscy hippisi wkrótce odziali drogie garnitury, zaś wielu punkowców przeszło na drugą stronę barykady i zostało nauczycielami. Oczywiście generalizuję- faktem jest, że pierwszy rocznik III RP jest jakiś niepełnosprawny społecznie. Nie spoiło go żadne wydarzenie polityczne (bo chyba nie antygiertychowskie protesty), niezbyt rozumieją sens bycia obywatelem, wreszcie, bardzo mocno widać w ich przypadku różnice wynikające z przyczyn ekonomicznych. Na Jarocinie nie bawią się razem dzieci robotników z małych miast i wielkomiejskiej inteligencji. Ci pierwsi nawet jeśli by chcieli, zapewne nie zostaliby wpuszczenie do wielu klubów. Co gorsza ci drudzy często pogardzają nimi, tak jak całą Polską B. Trochę żałuję, że Żulczyk o tym nie pisze, ponieważ zjawisko było nawet badane i mogłoby dodać książce socjologicznego sznytu. Zespół “Radio Armageddon” byłby wiarygodniejszy, gdyby nieco więcej miejsca poświęcono temu jak jednoczy ponad podziałami itp., choć faktem jest, że w miejscu gdzie takie opisy powinny nastąpić są już rzeczy ważniejsze z pisarskiego punktu widzenia. Chodzi o przemiany dokonujące się w głównych bohaterach.
Już po pierwszych dwudziestu stronach można się domyśleć, że Jakub Żulczyk czytał Chucka Palahniuka i ma apetyt na bycie chyba pierwszym Polakiem piszącym jak Amerykanie. Nie ma w tym nic złego- osobiście uwielbiam odwołujące się do popkultury porównania, klasyfikowanie grup i jednostek na podstawie słuchanej muzyki, noszonych ubrań, częstotliwości mycia się itp. W pewnych momentach, autor zaczyna trochę przesadzać i niemal pisać tym Eastonem Ellisem, czy wspomnianym wyżej autorem “Fightclubu”, ale tylko chwilowo. Nie jest to wybitnie prosta książka do przeczytania, poza tym trzeba mieć pewną ogólną wiedzę aby w pełni ją rozumieć, ale paradoksalnie polecam ją do przejażdżek tramwajem czy metrem. Naprawdę dobrze spełnia rolę “pochłaniacza uwagi”.
Jakub Żulczyk wcale nie jest najbardziej bezczelnym, młodzieżowym i gówniarskim polskim twórcą, jak twierdzi krótka biografia na tylniej części okładki. Porównanie do Pynchona i DeLilla (tako rzecze “Playboy”, którego Żulczyk jest felietonistą)- to dopiero bezczelne. W każdym razie “Radio Armageddon” to kawał porządnej literatury. Z jego lektury wielką przyjemność będziemy mieli my, “gówniarze”, szczególnie za jakieś 5-10 lat. A może będzie to żal, ponieważ Radio Armageddon już nigdy nie zagra.
Napisane w kultura | Otagowane bunt, Jakub Żulczyk, książka, młodzież, Radio Armageddon | Komentarzy: 6 »
Radosław Sikorski zaimponował mi dzisiaj. Za twardą postawę wobec francuskich i niemieckich dyplomatów podczas szczytu NATO w Bukareszcie należą mu się brawa- to nie ulega wątpliwości. Przypomina mi to jego lepsze momenty w polityce, kiedy jeszcze potrafił zabłysnąć bon motem albo celnym komentarzem. Zresztą nadal jest to jeden z moich ulubionych polityków, jeden z nielicznego grona tych w których upatruję “Aleksandra Kwaśniewskiego rodzimej prawicy”. Bawi mnie jedynie to, że w mediach nie pojawiły się od razu pełne gniewu komentarze o “budzeniu resentymentów” (jak można śmieć w obecności kanclerz Merkel mówić, że Polska ma “długą pamięć”?). Przecież to “wzięty rodem z XIX-wieku, nacjonalistyczny sposób uprawiania dyplomacji”, a może nawet w naszym korpusie dyplomatycznym odżywają “duchy fotygizmu”?
Cóż, trochę żałuję, że dziennikarze nie są już tak zapalczywi w ratowaniu dobrego wizerunku Polski w światowych mediach, jak przed październikiem 2007 roku. Mniejsza, mam nadzieję, że uprawiając dyplomatyczną sztukę we własnym dworku, minister Sikorski będzie równie bezpośredni.
Napisane w polityka | Otagowane Bukareszt, NATO, Niemcy, Radosław Sikorski | 1 Komentarz »
Proszę Państwa, 29 marca 2008 roku skończył się w Polsce “historyczny kompromis”. Podobnież w Partii Demokratycznej już od czasu ostatnich wyborów mówiło się o zerwaniu koalicji (Bronisław Geremek robił to nawet otwarcie). W SLD podobnie. Nic dziwnego- ten związek nie miał szans na przetrwanie.
Idea LiDu była skażona już u podstaw. Po pierwsze, gdy się krystalizowała, większość jego elektoratu była już skuszona przez PO (a może przez zagrożenie “kaczystowskim faszyzmem”?). Ewentualną grupą docelową mogli być młodzi ludzie, którzy jednak słusznie przeczuli, że można Kaczyńskich skutecznie utłuc poprzez głos na PO. Po drugie, tradycyjni wyborcy SLD, których jeszcze do niedawna nazywano “betonem” nagle spojrzeli przychylniejszym okiem na PiS. Pozornie było to nie do pomyślenia, ale zbratanie się ze środowiskiem, któremu niegdyś przewodził złowieszczy Balcerowicz, faktycznie musiało być szokiem dla ludzi tęskniących za PRLem. Nagle w SLD zaczęło być coraz mniej miejsca na kwestie bezpieczeństwa socjalnego, za to o wiele więcej na prawa mniejszości, Unię Europejską i liberalizowanie obyczajów. Po trzecie, podobnej natury wątpliwości pojawiły się wśród wyborców Partii Demokratycznej- ugrupowania, które pomimo tradycji negocjowania z postkomunistami, było jednak uważane za antylewicowe. O ile członkowie dawnej Unii Wolności przetrzymali jeszcze stworzenie PO, oczywistego wroga na własnym podwórku, o tyle sojusz z partią Millera, Janika, Kalisza był dla wielu nie do pomyślenia. Po czwarte, opór w partii Olejniczaka był oczywisty. Ledwo co zaakceptowano młodego, niechętnego “baronom” przywódcę, a już nawiązano współpracę z ludźmi, którzy doprowadzili do upadku PRL. Na dodatek układ był naprawdę dziwny, ponieważ w teorii to SLD było największą partią, która praktycznie miała rządzić i dzielić, zaś okazało się, że Demokraci, którzy mieli stanowić uwiarygadniającą w oczach inteligencji “przystawkę” zaczęli się rozpychać. Po piąte i ostatnie, do szewskiej pasji musiało doprowadzać działaczy Sojuszu, że niedawny rozłamowiec Marek Borowski, staje się prawdziwym liderem nowej koalicji.
Trochę mnie boli sytuacja Demokratów, ponieważ jest to środowisko, które przez długi czas wierzyłem, jako najrozsądniejsze wśród wszystkich w III RP. Potem przyszło pewne otrzeźwienie, zacząłem lepiej rozumieć czym jest polityka, a także nieco zmienił się mój światopogląd, jednak nadal odczuwam pewien sentyment. Żal mi, że przed PD stoi teraz przed iście potwornym wyborem- albo będzie przedłużać swoją agonię i próbować działać samodzielnie, albo przyspieszy swoją śmierć i poprosi Platformę o miejsce na jej listach wyborczych. Ta ostatnia możliwość była już proponowana przez platformersów przy okazji wyborów w 2005 roku. Pańskie zachowanie tychże było głównym powodem, dla którego Janusz Onyszkiewicz z podopiecznymi odwrócili głowę od podobnej ideowo kliki, i zwrócili się ku lewicy. PD układające się na powrót z PO (bądźmy szczerze, w praktyce pewnie będzie to błaganie) oznacza powolne wchłonięcie przez rządzącą partię i cichy chichot Donalda Tuska. Oto ludzie, którzy kiedyś go odrzucili jako przywódcę, tym razem sami garną się pod jego władcze ramiona. W Polsce nie ma dzisiaj miejsca na partię, która chciałaby być ekskluzywna i inteligencka. Najnowsza historii naszego kraju pokazuje to coraz dobitniej, i zapewne w trakcie następnych wyborów ludzie pokroju Geremka, Onyszkiewicza czy Lityńskiego zostaną wyrzuceni na polityczny śmietnik. A szkoda, bo przecież pomimo poglądów, nikt nie może im odmówić doświadczenia i pewnych zasług. Może ratunkiem byłoby przekształcenie się w opiniotwórczy think-tank? To temat na osobną notkę.
W przypadku SLD, frapujące jest to, że Olejniczak podjął decyzję pod wpływem rozmowy z “nadzieją lewicy” Sławomirem Sierakowskim. Obiło mi się swego czasu o uszy, że były minister rolnictwa zawzięcie kolportował wśród swoich partyjnych kolegów “czerwoną książeczkę” Krytyki Politycznej, ale nie przypuszczałem, aby wpływ redaktora naczelnego tego skądinąd ciekawego pisma był aż tak wielki. Osobiście sądzę, iż decyzja lidera SLD była podyktowana rosnącą presją wewnątrz partii. Mimo to, warto mieć na uwadze, że butność REDakcji (nazwanie redakcyjnego bloga “Zanim zwyciężymy” bardzo mi się spodobało) w końcu przerodzi się w konkretne polityczne działania. Taką mam nadzieję, bo bez ostrej lewicy nie ma dobrej zabawy w demokrację. Parę notek wcześniej już nad tym myślałem, zaś teraz dochodzę do wniosku, że to jeszcze nie ten czas, nawet jeśli Sojusz podporządkuje się pod instrukcje pierwszej szabli rewolucji, towarzysza Sierakowskiego. Nie starczy zdesperowanej części społeczeństwa na PiS i lewicę. Nie da się obdzielić młodymi ludźmi Platformy i SLD. Wreszcie, potencjalny elektorat mniejszości seksualnych, feministek, bojącej się o pozycję społeczną klasy średniej i rozjuszonych ideologicznie studentów to kwestia dobrych kilkunastu lat.
Koniec centrolewicy świetnie pokazuje, że Polacy trawią wtłaczania im do głów wzorców żywcem przeniesionych z Zachodu. Fakt, iż żyjemy w kraju do szpiku konserwatywnym w jakiś sposób przełożył się na to, że nasze centrum jest prawicowe i patrząc na sondaże poparcia dla obecnego reżimu, jeszcze długo takie pozostanie.
P.S. W “Rzeczypospolitej” Marian Filar już deklaruje, że będzie musiał “zapukać do PO z pytaniem czy zechcą go przyjąć”.
Napisane w polityka | Otagowane centrum, lewica, LiD, Partia Demokratyczna, SLD, Wojciech Olejniczak | Komentarzy: 4 »
Nieco zaniedbałem dział “Warto czytać”, a że ostatnio pojawiło się trochę nowych rzeczy wśród moich zakładek na del.icio.us, polecam następujące strony:
Napisane w www | Otagowane Dukaj, klasa średnia, książki, mediumblog | Komentarzy: 2 »
Swego czasu bywałem podirytowany, gdy obcując z mediami, które u nas zwie się “liberalnymi”, czytałem o Marcu’68 jak o jakimś pierwszym wielkim, antykomunistycznym wystąpieniu. Irytowało mnie porównywanie “biletów w jedną stronę” do Holocaustu, subtelne przylepianie niektórym historykom miana “pogrobowców Moczara”, a w szczególności stawianie znaku równości pomiędzy rozruchami w Niemczech i Francji, oraz tymi w Polsce i Czechosłowacji. Szczególnie uderzało mnie jednak budowanie marcowego mitu, jakby to on miał się stać początkiem drogi do III RP. Oczywiście każdy pisze historię pod własną legendę, ale w pewnym momencie wydawało mi się, że środowisko związane z KORem nieco się wywyższa ponad innych, zapominając o innych grupach opozycyjnych.
Wreszcie pewnego pięknego, weekendowego poranka (ostatnio takie bywają), czytając wywiad naiwnego dziennikarza z “Aktivista” z Janem Lityńskim, pogodziłem się z czymś, co już od dawna mi chodziło po głowie.
Nie wdając się w teorie spiskowe, jakie klasyczni “prawicowcy” snują przy piątym w piwie- studenci, którzy protestowali czterdzieści lat temu, byli dziećmi socjalizmu. Ich idee wyrosły na gruncie narzuconego z zewnątrz systemu. Ich priorytetem nie było przykładowo ujawnienie prawdy o Katyniu, czy przywrócenie święta 3 maja. Chodziło o obronę wyrzuconych z uczelni kolegów, a i pewnie Praska Wiosna robiła na nich wielkie wrażenie. Adam Michnik sam ostatnio przyznał w wywiadzie, że ówczesna tłumaczenia przed sądem do dzisiaj czynią z niego w oczach wielu ludzi komunistę. Ludzie pokroju Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, czy samego redaktora naczelnego Wyborczej, nigdy nie ukrywali swoich sympatii lewicowych. Pewne elementy marksistowskiej dialektyki, cynizm, sympatia do niektórych aparatczyków a także pewna skłonność do kopania dołków pod samym sobą (ujawniła się przy okazji afery Rywina) czynią z Michnika świetnego oponenta politycznego, ale i ośmieszają ludzi mówiących o “zdradzie w Magdalence” i “nieludzkim Szechterze”. Trauma, którą przeżyło w 1968 roku środowisko współtworzące potem KOR, niewątpliwie wpłynęła na drogę, którą obrali w walce z komunistami. Przy tym nie można zapominać o innych pokrzywdzonych wówczas, niemniej to środowisko, nazywane “lewicą laicką” najskuteczniej walczyło później o swoje cele.
Do 1989 roku zdarzyło się bardzo wiele. Zacząłem mówić o Lityńskim, który stwierdził wprost, że IV RP wprost wynika z jakiegoś braku mitologicznego polskiej prawicy, który polega na tym, iż transformacja ustrojowa została dokonana przez ruchy lewicowe. Obiektywnie patrząc, presję kilku milionów ludzi pracy (wynikającą z gwałtownie pogarszającej się sytuacji w kraju) wykorzystała grupa sprytnych ludzi z własnym pomysłem na Polskę. Nieprzypadkowo, wśród nich byli m.in.Michnik i Kuroń, a także bliski im Geremek. Zmusili oni władze do zawarcia porozumienia, myśląc, że wyłoniony spośród robotników, prosty przywódca (Wałęsa) będzie łatwy do manipulowania. To, że elektrykowi-prezydentowi zamarzyła się samodzielna kariera to już inna sprawa. Z takiego punktu widzenia, marzec 1968 roku faktycznie zdaje się być początkiem przemian. Wydaje mi się, że takie problemy RP jak słabe społeczeństwo, niestałość polityczna i łatwowierność wyborców mogą się brać właśnie przez to, że zmiany w 1989 roku były na wskroś marksistowskie. Kręgosłupem zmian była ekonomia, a nie na przykład jakaś wzniosła ideologia. Nie była to klasyczna rewolucja, tylko wymiana ekipy rządzącej i ustroju na inny. Może gdyby czterdzieści lat temu niektórzy intelektualiści i politycy nie zawiedli się na komunistycznej biurokracji, historia wyglądałaby zupełnie inaczej?
Polscy dziennikarze często lubią porównywać nasz kraj z Hiszpanią. Bo tam również jest silny Kościół, zgodnie rozstano się z dyktaturą i zaczęto się bawić w demokrację. Pomijając absurdalność porównań Jaruzelskiego z Franco, często nie zauważają wymienionego wyżej powodu, czyli powodu przemian. Tego, że u fundamentu dyktatury frankistowskiej legł wielki ideologiczny spór, który rozgrywano przez kilka lat w bardzo krwawym pojedynku. W Polsce nie było żadnej wojny domowej, choć chwała IPNowi za promowanie wiedzy o powojennej konspiracji. Polska naszych dziadków, bądź rodziców stała się łupem wielkiego imperium, pierwszego swego rodzaju w dziejach. Mocarstwa, które wykorzeniało z tradycji politycznych. To przykre, ale nie wyobrażam sobie Kornela Morawieckiego wkraczającego na czele kolumny partyzantów do Sejmu. Co gorsza, nawet jeśli, to obawiam się, że mógłby zostać wyśmiany. Kompromis zawarty przez ludzi uświadomionych wydarzeniami z ‘68 roku z moczarowcami-moderatami (Jaruzelski itp) wydaje mi się być o wiele bardziej logiczniejszy.
Nawet Kaczyńscy nie uciekali prawie dwadzieścia lat temu od okrągłego stołu (domyślcie się kto był autorem pomysłu koalicji OKP z ZSL i SD). Czy w tej sytuacji faktycznie nie ma sensu “rozdrapywanie ran”, “marnowanie pieniędzy” na politykę historyczną i prowadzenie tej “bestialskiej” lustracji? Nie, właśnie teraz zaczyna nabierać sensu, co więcej za jakieś 20-25 lat, kiedy do władzy dobierze się już nowe pokolenie (a może już wtedy nie będziemy mieli żadnej suwerennej władzy?) powyższe stanie się naprawdę potrzebne. Właśnie teraz, gdy PRL powoli przechodzi do tej mniej “żywej” historii, można się zabrać za prawdziwe, naukowe opracowywanie jego dziejów. Problemem jest oczywiście wykorzystywanie np.IPNowskich badań do ewentualnych celów politycznych, ale też coraz bardziej maleje grupa ludzi, których obchodzi czy ktoś miał teczkę, czy może nie.
Może i “zgniły” kompromis w 1989 roku był konieczny. A może nie? Mniejsza, aby to ocenić powinniśmy najpierw pozwolić zbadać w spokoju pięćdziesiąt lat reżimu. Dopóki poważni profesorowie będą nienawistnie nazywać pracowników IPN “pseudohistorykami”, będzie to o wiele trudniejsze.
Napisane w obyczaje, polityka | Otagowane 1968, 1989, IPN, Kuroń, Magdalenka, Michnik, Moczar, transformacja | Komentarzy: 12 »
„Lód” nie mógł być złą książką. Wszyscy oczekiwali arcydzieła, książkę pisał autor, który ma potencjał aby tworzyć rzeczy ponadprzeciętne, zaś sam blurb budził (przynajmniej we mnie, ale zapewne w każdym historyku-amatorze) jakieś mroczne pożądanie. W grudniu 2007 roku długo zapowiadana powieść trafiła w końcu na półki księgarni. Nabyłem ją niemal od razu po premierze i zmagałem się z ponad tysiącem stron co najmniej miesiąc. Nie oznacza to, że najnowsze dzieło Dukaja jest nudne, o nie. Po prostu książkami wybitnymi należy się rozkoszować.
Rzecz dzieje się w Imperium Rosyjskim roku 1924. Nie wybuchła I Wojna Światowa, ani Rewolucja Październikowa, zaś Europa trwa w starym ładzie nie tknięta przetasowaniami Traktatu Wersalskiego. Skąd ten brak historycznych zawieruch? Przecież świat od połowy XIX wieku nieustannie do nich zmierzał! Otóż w uniwersum Dukaja, normalna historia kończy się w 1908 roku, wraz z Katastrofą Tunguską. To wtedy świat zaczyna pokrywać się zmarźliną (tytułowym Lodem). Klimat znacznie się ochładza, jednak nie to jest najważniejsze. Wraz z Lodem pojawiają się enigmatyczne, tajemnicze istoty- lute, zaś Syberia zaczyna się wzbogacać dzięki eksportowi powstałych przez Katastrofę surowców. Co więcej sam bieg Historji (autor stosuje staroświecką pisownię) wydaje się być zatrzymany.
Centralną postacią jest Benedykt Gierosławski, „zdolny, ale…” student, który w przerwach między oddawaniem się nałogowi hazardu i zapożyczaniem u podejrzanych typków, zgłębia nauki z pogranicza filozofii i matematyki. Poznajemy go w momencie, gdy jest w niezbyt ciekawej sytuacji finansowej i duchowej. Właśnie gdy jest zapożyczony i niezrealizowany w staraniach o kobietę, dopadają go carscy urzędnicy i wyznaczają pewne zadanie… Dalej streszczać nie będę, w każdym razie, uwierzcie mi na słowo, iż całość jest o wiele bardziej oryginalna niż początek.
Na początek muszę się zgodzić ze stwierdzeniem Wojciecha Orlińskiego- Dukaj napisał książkę XIX-wieczną w formie. Począwszy od używanego języka, poprzez brak pośpiechu przy tworzeniu fabuły i wyrafinowaną erudycję, kończąc na okazjonalnym serwowaniu francuskich słówek. Jeśli poboczny bohater ma do opowiedzenia jakąś ciekawą anegdotę, to ją opowie. Jeśli jest gorliwym wyznawcą jakiejś idei, to nie spiesząc się wyciągnie kieliszki oraz wódkę, i zacznie Gierosławskiemu (a także nam) wykładać o tym jakie prawa według niego rządzą światem. Szczególnie w momentach opisujących podróż głównego bohatera Koleją Transsyberyjską, dane jest nam przeczytać wiele epizodów, które pozornie są mało, bądź nawet zupełnie nieważne dla powieści, a jednak patrząc z perspektywy np.połowy lektury, już wiemy, że to właśnie one tworzą niepowtarzalną atmosferę skutej lodem Rosji. Bardzo ważną rolę grają dialogi, które często budują wiarygodny opis danego bohatera- ci którzy już są po lekturze niech sobie przypomną choćby szaleńcze tyrady Ziejcowa w pociągu. To jego dziwaczne poglądy, a nie fakt bycia alkoholika tworzą stereotyp na podstawie którego będziemy go kojarzyć aż do końca. Przypowieści, legendy i rozmowy są jednym z powodów, dla których nie da się i nie warto próbować czytać tej książki jak normalnej, szczególnie, że to właśnie w nich tkwi wartość bardzo ciekawych przemyśleń na temat historii, polityki i Polski, ale o nich potem.
“Lód” może się wydawać archaiczny również w wymowie. Książka przez niemal cały czas stara się udowodnić, iż “zamrożenie” świata w jakiś sposób zatrzymało bieg historii, ponieważ w „normalnych” warunkach ma ona określony bieg, który wraz z odpowiednim nakładem wysiłku i woli da się przewidzieć. W tle przewijają się porównania historii do matematyki i nieustanne próby tworzenia różnych monumentalnych równań. Przy tym Dukaj stosunkowo rzadko wymienia słowo „historiozofia”, jakby ostatecznie skazywało ono naukę o dziejach na pozostanie w sferze humanistycznej. Pomimo wyraźnej fascynacji XIX-wiecznymi historyzmami, wyczuwam jednak w całości wyraźny sprzeciw wobec romantycznej wizji dziejów (a przecież to ona przebijała w teoriach historiozoficznych) i bardziej charakterystyczną dla pozytywizmu fascynację nauką, jako narzędziem zmiany rzeczywistości. Nie chcę zbyt wiele ujawniać z fabuły, ale wraz z jej rozwijaniem się, powyższe jest coraz bardziej widoczne.
Niewątpliwie warto oddać dziełu honory, jako dobrej powieści przygodowej z gatunku fikcji historycznej. Wrażenie zrobiła na mnie szczególnie Rosja znana z Dostojewskiego jako tło dla pościgów, rautów, skrytobójstw i intryg. Istnieją dziwaczne sekty, beznadziejna biedota, a ludzie odnajdują mądrość w wódce. Jest więc domorosły filozof i pijak Ziejcow, ale i ambitny gubernator Szulc. Gdzieś pomiędzy nimi sytuuje się bogate mieszczaństwo, które w przeważającej większości tworzą Polacy, potomkowie zesłańców. O ile Orliński z właściwą sobie wielką radością, jeśli chodzi o polskie mity narodowe, pisze, że Dukaj obala legendę polskiego zesłańca (co jest prawdą, ale nie tak ważną), ja zwróciłbym uwagę na co innego. Otóż, zamieszkujący stołeczny Irkuck polscy burżuje nie są zdegenerowaną warstwą, która w związku ze wzbogaceniem się jest za utrzymaniem obecnego porządku. Nie, oni po prostu przedstawiają zupełnie inną drogę do niepodległości, która wiedzie przez inne drogi, niż te wyznaczone przez Piłsudskiego. Ten ostatni też jest zresztą obecny, jako współpracujący z Japończykami (oczywiście trwa rozpoczęta w 1904 rywalizacja) dowódca partyzantki. „Dziadek” nadal wierzy z zbrojną drogę walki z okupantem, co kontrastuje ze wspomnianymi mieszczanami, do których zdecydowanie bardziej pasują koncepcje pracy u podstaw i dogadywania się z Petersburgiem. Pomimo, że historia nie toczy się „tak jak powinna” i nie jest mielona przez młyn Postępu, Polacy nadal próbują stawić jej czoło.
Kłębią mi się w głowie kolejne impresje, a jednak zdecydowałem się na zwykłą recenzję, choć nie jest ona w tym przypadku sycąca. „Lód” to rzecz na większy esej, w którym bez obawy przed ujawnianiem czytelnikowi fabuły, można by spokojnie nad wszystkim podeliberować. Najnowsza książka Jacka Dukaja jest zapewne pomnikiem, który on sam sobie wystawił. Imponującym nie tylko rozmiarami, ponieważ jest to rzecz, która powinna być zauważona nie tylko w świecie fanów fantastyki. Mnogość refleksji, oryginalność formy (Dehnel jeszcze długo tak nie będzie pisał), odważna próba połączenia wielkiej wartości intelektualnej z emocjonującą fabułą, a także coś niestety rzadko dziś spotykanego- pisanie o polityce i historii bez patosu, grafomanii i przeintelektualizowania. Niezbyt lubię pisać bezkrytycznie, ale ta książka jest przełomowa. Bardzo trudna, czasochłonna, ale wybitna.
Napisane w kultura | Otagowane Dukaj, fantastyka, historia, Lód | Komentarzy: 10 »
Stali czytelnicy (tej niewielkiej grupce dziękuję) zapewne zauważyli, że ostatnio rzadko aktualizuję woyke.loga. Cóż, nie da się ukryć, że klasa maturalna absorbuje mnie wielce- nie tyle sama nauka, co regenerowanie sił. Do początku maja powolne tempo aktualizowania będzie niestety utrzymania. Koniec jednak z tymi tłumaczeniami, dzisiaj chcę dalej pociągnąć rozpoczęty już wątek wyborów prezydenckich w USA. Ten temat będzie się przewijał w moich notkach, aż do listopada.
Najpierw obiecany temat “hamerykański prezydent, a sprawa polska”. Z jednej strony jestem zadowolony, ponieważ pewnej znanej i lubianej Gazecie udało się przeprowadzić wywiad z Obamą, ale z drugiej, żaden z pozostałych kandydatów nie raczył się odważnie wypowiedzieć w kwestii sojuszników z Iraku, a i wspomniana rozmowa nie przynosi nam wiele wiadomości, prócz pozytywnej deklaracji w kwestii wizowej, zresztą jak dla mnie niezbyt ważnej. O ile jestem przeciwko dywagowaniu, który kandydat wygląda na najbardziej przyjaznego itp, bo przynajmniej w teorii, każdy ma realizować ojczystą rację stanu, o tyle warto pomyśleć na czyim zwycięstwie Polska może najwięcej zyskać. Łączy się to przede wszystkim ze sprawą wojny z terroryzmem. Szczerze wierzę, że żaden z kandydatów, którzy mają jeszcze szanse na prezydenturę nie wykona żadnych gwałtownych wolt na Bliskim Wschodzie, niemniej warto czekać na kogoś kto ma w miarę stałe poglądy w tej kwestii. Giuliani jest już na wylocie, Huckabee buduje swój wizerunek na byciu “prawdziwym Amerykaninem”, zaś Romney robi wszystko by nie mówić o jego mormoństwie. Oczywiście upraszczam, w każdym razie jedynym człowiekiem, który naprawdę nie boi się mówić o polityce zagranicznej i ma szanse na nominację jest McCain. Czego by nie sądzić o Republikanach, trzeba mieć szacunek dla faceta, który nawet w najcięższych dla niego chwilach kampanii (był moment, w którym notowania senatora z Arizony były gorsze niż obecne Giulianiego) otwarcie był za pozostaniem w Iraku i amnestią dla imigrantów. Jako Republikanin mógł próbować się podlizać tradycyjnej prawicy i zacząć promować koncepcję muru na południowej granicy, zaś będąc ulubieńcem wyborców niezależnych, zacząć krytykować wojnę w Iraku po całości, a jednak wytrwał w swoich poglądach. Im dłużej obserwuję amerykańskie zmagania wyborcze, tym bardziej mi imponuje. Niewątpliwie byłby dobrym partnerem w rozmowach dyplomatycznych, a i nie uciąłby gwałtownie współpracy w kwestiach bezpieczeństwa, słysząc pomruki niezadowolonego ludu. Dzisiaj, gdy dyskutujemy o tarczy antyrakietowej i próbujemy znaleźć nowego militarnego protektora (bo do tego w istocie zmierzamy po 1989 roku, choć oczywiście nie chcą się uzależniać tak jak w czasach PRLu) wydaje mi się to dosyć ważne.
Czymś co mnie urzekło jest poparcie klanu Kennedy dla senatora Obamy. To takie samospełniające się, naiwne, polityczne marzenie niektórych wyborców. Przecież ciemnoskórego polityka od samego początku kreuje się na nowego JFK, polityka, który realnie może nie zrobił wiele, ale był kimś. Jednym z największych produktów marketingu politycznego, ale i człowiekiem o ogromnej charyzmie. Jego kadencja może nie obfitowała w potrzebne reformy, ale chyba dała amerykańskiemu społeczeństwo coś w rodzaju wielkiego kopa, a co najważniejsze spowodował, że Demokraci rządzili jeszcze przez wiele lat. Myślę, że Obama też widzi w sobie kogoś takiego. Oprócz oczywistej żądzy zdobycia władzy, którą kamufluje lepiej niż Hillary Clinton, jego chęć “wielkiej zmiany” może się sprowadzać właśnie do rozpoczęcia nowego okresu w historii USA- oczywiście zdominowanego przez Partię Demokratyczną. Rewanż na GOP za lata Konserwatywnej Rewolucji, to jest coś, czym senator z Illinois mógłby zdobyć serca swojego aparatu partyjnego. Pomimo zwycięstwa w Karolinie Południowej, Obama znajduje się w bardzo trudnej sytuacji. Poparcie Kennedy’ch jest oczywiście cenne, ale chyba jedyną rzeczą, która może uratować szanse na prezydenturę jest przekonanie Edwardsa do poparcia i kandydowania na wiceprezydenta.
Dzisiaj prawybory w stanie Floryda- woyke.log kibicuje oczywiście McCainowi. Za tydzień, kiedy opadną pyły po Super Tuesday (05.02, prawybory w 24 stanach) postaram się skomentować wyniki. Bo prawdopodobnie właśnie dzień po tym wydarzeniu, które bardzo mi się kojarzy z Super Bowl, poznamy prawdopodobnych kandydatów obu partii.
Napisane w polityka | Otagowane 2008, Irak, Kennedy, McCain, Obama, USA | Komentarzy: 5 »
Okazało się, że jednak aktualny rząd jest podobny do gabinetu Konstantego Turskiego z “Ekipy”- podobnie jak w serialu, członkowie rządu okazują się być prawdziwymi ludźmi i wiodą również normalne życie. Są w nim wzloty, ale i upadki, które ostatnio niestety przytrafiają się całkiem często. O ile się nie mylę, Paweł Graś jest już piątą osobą, która opuszcza “drużynę” Tuska. Głupio stać w jednym szeregu z Macierewiczem, ale nie chce mi się wierzyć, że kolejni politycy PO w takim tempie są ściągani przez ważne życiowe sprawy z lukratywnych posad. A już relatywnie młody, energiczny i dobrze zapowiadający się polityk, zajmujący się służbami specjalnymi? Ostatnio jest to niezwykle medialny temat, “opłacalny” dla zdolnego człowieka. Czemu ktoś taki miałby tracić fascynującą perspektywę kariery? Nawet całkiem wiekowa Zyta Gilowska podała chorobę matki, w co jestem skłonny uwierzyć. “Powody osobiste” to usprawiedliwienie podobne do “pies zjadł mi pracę domową”.
Platforma, podobnie jak poprzednia rządząca prawicowa partia balansuje na bardzo cienkiej linie. Mając bardzo skromne zaplecze intelektualne (nawet Paweł Śpiewak się obraził, pozostaje chyba tylko wysublimowanie i bogactwo myślowe Palikota), obiecała wielkie zmiany. Oprócz tego jest ugrupowaniem o wiele bardziej podzielonym niż PiS. O ile w tym ostatnim nawet podział “ZChN-PC-reszta” ulega zatarciu pod wpływem powszechnego pędu do synekur (ewentualnie specyficznej, niepopularnej motywacji ideowej), o tyle w PO rzecz wydaje się być nieco bardziej skomplikowana. Jeszcze przed wyborami, zgrabnie pozbyto się kłopotliwego Rokity i części jego środowiska, a także uciszono Bogdan Zdrojewskiego, który przejawiał niebezpieczny odchył konserwatywny. Chyba się pospieszyli, w końcu w sprawie in vitro rząd Tuska okazał się być jednak posłuszny kościelnej hierarchii. Ale wracając od tej dygresji- frakcje w Platformie są o wiele wyraźniejsze, a to grozi niebezpieczeństwem szybko postępującego rozkładu np.w razie problemów z reformowaniem kraju, bądź dzieleniem dobrze opłacanych stanowisk wśród partyjnych bonzów. Dymisja Grasia, który jest dobrym znajomym zmarginalizowanego w rządzącym ugrupowaniu Andrzeja Olechowskiego, świetnie wpisuje się w teorię narastających napięć pomiędzy poszczególnymi frakcjami PO. Jeśli jest ona choć odrobinę prawdziwa to warto zwrócić, iż takie tarcia zaczęły się w obecnym rządzie dużo wcześniej, niż w poprzednim. A, zapomniałbym! Nie słyszałem, żeby Graś mówił, że jest dobrym przyjacielem Donalda Tuska i grał z nim w piłkę, a po lekturze paru wywiadów (m.in.z Grupińskim i Schetyną), odnoszę wrażenie, że jest to dzisiaj główne kryterium realnie posiadanego wpływu na państwo.
Widząc dziwną sytuację, która niepokojąco łamię POowską taktykę wszechobecnego optymizmu, z wrodzonej przekory zacząłem snuć różne teorie spiskowe. Te z udziałem kosmitów i międzynarodowych konglomeratów zachowam dla siebie, ale jedną przedstawię. Otóż obserwując niejednoznaczne zachowanie Tuska w sprawie CBA, przyniesienie kaganka oświaty przez Tomasza Lisa do kaczystowskiej telewizji publicznej (żeby nie było- naprawdę uważam TVP za sterowaną przez konkretne “opcje” polityczne, co najmniej od czasów pampersów.) i dymisję odpowiedzialnego za służby specjalne Grasia, odnoszę wrażenie, jakby ktoś tu się ułożył za plecami wyborców. Jasne, delikatność Tuska w powyższych sprawach może być wynikiem budowania swojego ulubionego, “miękkiego” image’u, ale czemu Platforma jest taka subtelna w kwestii mediów publicznych, zamiast jak rasowi politycy, wyrwać media publiczne z rąk “ancien régime’u“? Jakim cudem Andrzej Urbański znalazł w swojej nudnej, kontrowersyjnie upolitycznionej ramówce miejsce dla jeszcze nudniejszego, poprawnego politycznie Lisa? Co do kwestii związanych z CBA odczuwam jeszcze większą dawkę spiskowości- jawi mi się Mariusz Kamiński z różnymi ciekawymi materiałami na różnych liczących się polityków wszystkich orientacji i pokusa premiera, aby również mieć jakieś podległe mu służby i nie czuć się z tym gorzej od poprzednika. Zresztą tu mógłby się ujawnić jakiś polityczny geniusz Tuska, gdyby zamiast wzorując się na Kaczyńskich nie zniszczył stworzonych przez poprzedników tajnych służb, tylko przeciągnął je na własną stronę. Przecież Platforma też lubi się czasem chwytać nieeleganckich chwytów (vide sprawa Jaruckiej). No dobrze, pozostaje jeszcze kwestia racji stanu, bo przecież wszystkie powyższe posunięcia mogą być motywowane ideologicznie, ale nie mam dzisiaj nastroju na przykładanie słów tej wagi do naszych polityków.
Co do wynurzeń o Stanach Zjednoczonych- przede wszystkim trzymam kciuki za McCaina i jego powodzenie w walce o zwycięstwo w prawyborach w Michigan. Już niedługo postaram się napisać o temacie amerykańskich wyborów więcej.
Napisane w polityka | Otagowane CBA, Donald Tusk, dymisja, Paweł Graś, premier, służby | Komentarzy: 5 »
2008 rok ma być dla polskiej polityki czasem spokoju, cudów i powszechnego dobrobytu- w tej sytuacji wzrok człowieka zainteresowanego polityką naturalnie powinien się przenieść to co się dzieje w innych krajach. Profesor Sadurski już uspokoił rodzimą inteligencję, a skoro jest naprawdę dobrze i nawet wynegocjowane przez kaczystowską dyplomację warunki przyjęcia Traktatu Reformującego są do zaakceptowania, to dzisiaj zajmę się współczesnymi igrzyskami. Nie chodzi o rozdanie nagród MTV czy Ligę Mistrzów (niestety FC Barcelona nie ma najjaśniejszych perspektyw, ale bloga sportowego założę kiedy indziej), tylko o wybory prezydenckie w USA.
Już w tym roku wybrany zostanie przywódca największego światowego mocarstwa. Ktoś nieobeznany z tematem mógłby powiedzieć, że odbędą się one dopiero czwartego listopada, więc chyba jeszcze za wcześnie, aby o nich pisać. Nie, to już nawet za późno, ponieważ Amerykanie szaleją na punkcie elections od co najmniej pół roku. Dzięki lekturze świetnego bloga dziennikarza Gazety Wyborczej, Marcina Gadzińskiego, sam się tematem zafascynowałem, w związku z czym nie odmówię sobie paru krótkich komentarzy.
Po pierwsze, nie bez powodu nadałem notce tytuł “najdłuższy festyn 2008 roku”. Nie tylko wśród nielicznego grona polskich bloggerów politycznych zainteresowanych tematem, da się wyczuć fascynację bardziej odpowiednią dla ważnego meczu piłkarskiego, niż znaczącego wydarzenia w historii. Odwiedzając co jakiś czas witryny Politico, The New Republic czy nawet The Washington Times, odnoszę wrażenie, że nawet wielu Amerykanów traktuje wybory jako pewną zabawę. Plebiscyt, w którym wybierzemy najbardziej medialnego człowieka- po ośmiu latach rządów Busha, najlepiej kogoś przyjemnego, “miękkiego”. A, że kulminacja odbędzie się dopiero 4 listopada, czeka nas jeszcze wiele atrakcji.
Może to kwestia braku wyrazistych kandydatów? Wśród Republikanów mamy dwóch “klasyków”- Romneya i Huckabee, z czego pierwszy wyróżnia się swoim mormonizmem. Przecież religia nie powinna mieć znaczenia, prawda? I nie ma, wydaje mi się, że jest tylko znakiem rozpoznawczym dla kogoś, kto jest modelowym przykładem człowieka establishmentu. Serio, takich ludzi widuje się jako kongresmenów na amerykańskich filmach. Huckabee jest z kolei nieco prostszy, ale to znowu good fellow, który przypilnuje prawa do posiadania broni itp. Powyższa dwójka jest obecnie na piedestale, z którego jeszcze nie strącono Rudolpha Giuliani’ego, republikanina tylko z imienia. Nie wiadomo o nim wiele, poza tym, że ma świetny kontakt z wyborcami, a także w czasie WTC był dla nowojorczyków świetnym przywódcą. Naprawdę trudno rzec coś więcej. Były burmistrz sam zresztą zaznacza, że Stany Zjednoczone potrzebują przede wszystkim silnego szeryfa, zaś problemy z edukacją i deficytem jakoś się rozwiążą. Są jeszcze John McCain oraz mój ulubieniec- Ron Paul. Pierwszy jest świetnym, doświadczonym politykiem, który mimo to lepiej sprawdziłby się w spokojnych, “clintonowskich” czasach. Drugi to taki zamorski Korwin, który jednak ma o wiele więcej politycznej ogłady. Wiem, o to nietrudno, ale miło, że jest kraj, gdzie staroświeccy liberałowie są zaliczani do grona głównych kandydatów.
Z Demokratami sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Zaczniemy od obecnego faworyta, mulata, który zdążył już być określony “pierwszym murzynem z szansami na prezydenturę”, zaś pierwsze jego nazwisko brzmi… Hussein. Barack Obama jest niewątpliwie ciekawą postacią, którą pod względem ideowym najprędzej można zakwalifikować do amerykańskiego liberalizmu. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj w Ameryce na program polityczny głosują tylko ludzie religijni, bądź członkowie National Rifle Association, więc popularność Obamy wynika skądinąd. Zdaje się on być takim Kaczyńskim tamtejszej młodzieży, ponieważ jego głównym hasłem jest wielka zmiana. O co dokładnie chodzi- nie wiadomo, ale wiadomo za to, że wszyscy są już zmęczeni Irakiem, wysokim deficytem oraz brakiem ubezpieczeń zdrowotnych co może nas powoli naprowadzać na jakieś konkrety. Senator z Illinois, podobnie jak inni kandydaci nie będzie mógł radykalnie zmienić amerykańskiej polityki. Jasne, potrzeba jakiegoś zbliżenia z Europą, korekty w Afganistanie, ale wydaje mi się, że do uczynienia ze Stanów państwa opiekuńczego droga jeszcze daleka. Narazie wszyscy są zauroczeni jego zdolnościami krasomówczymi, niezłą fizys oraz rozbudzaniem nadziei na wielkie przemiany. Cóż, uważam że jest to o wiele przyjemniejszy człowiek niż Hillary Clinton. Pani senator jest znaną żoną bardzo znanego męża, co zresztą dane nam było zobaczyć podczas jej pierwszych wieców wyborczych, na których więcej osób chciało uścisnąć rękę Billowi. Rzeczą, którą wzbudza podziw jest jej determinacja aby zdobyć władzę (znowu Demokrata podobny do Kaczyńskiego!), oraz sprawność z jaką organizuje swoją kampanię. Zresztą pomimo całej odmienności kulturowej USA, myślę, że nasze “masowe” partie (szczególnie PiS) powinny zainwestować w wysłanie kogoś kto by podpatrywał pracę sztabu Hillary. Czemu? Żeby zobaczyć jak łączyć zdobywanie poparcia “mieszczuchów” oraz “prowincjuszy”. Inna sprawa, że moim zdaniem duża część zwolenników Clinton to ludzie tęskniący za prezydenturą jej męża i naiwnie liczący, że będzie znowu tak pięknie jak w latach dziewięćdziesiątych. A przecież po 9/11 nic już nie jest takie samo, prawda?
Wśród Demokratów liczy się jeszcze John Edwards, bogacz liczący na głosy biedaków, co niezmiennie przywodzi mi na myśl francuską “kawiorową” lewicę. Niestety, chyba dwóch wcześniej opisanych kandydatów jest już za bardzo z przodu.
Oczywiście trochę generalizuję, ale w gąszczu debat, reklamówek i analiz przed kolejnymi prawyborami (Wtorek, New Hampshire! McCain ma wygrać!) nie jest łatwo wyrobić sobie obiektywny punkt widzenia. Kończę część pierwszą, a następnej spróbuję się zastanowić nad kwestią “Hamerykański prezydent, oraz sprawa polska” oraz dorzucę parę przemyśleń. Tymczasem zachęcam do samodzielnego śledzenia amerykańskiej zabawy w demokrację, dużo lepiej im to wychodzi niż nam.
Napisane w polityka | Otagowane 2008, Clinton, Giuliani, Obama, USA, wybory | Komentarzy: 8 »