Jak wiadomo, jednym z głównych haseł Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich wyborach (w najbliższych raczej też), jest walka z “układem”, najczęściej utożsamianym z”salonem”. Ten ostatni jest dosyć szeroką zbiorowością pisarzy, dziennikarzy i opiniotwórczych intelektualistów, którzy są kojarzeni z przemianami ‘89 roku. Podobnie jak w przypadku każdego politycznego sloganu, “salon” jest bardzo elastyczny i nie do końca określony. Nie wiadomo za bardzo jakie grupy obejmuje. Można tylko skojarzyć, że chodzi o kontestujących potrzebę lustracji, zaostrzenia kodeksu karnego czy silniejszego scentralizowania władzy. Wiadomo, że chodzi o Jacka Żakowskiego, Monikę Olejnik, a przede wszystkim Adama Michnika, choć ich korzenie ideowe są tak różne. Łączy ich kariera zrobiona w wyklętej III RP, a także ostra krytyka aktualnie rządzących. Tak się złożyło, że dominujący w dyskursie PiS uczynił ich elitą Polski lat 1989-2005. Warto zwrócić uwagę, że przynajmniej do niedawna to właśnie ich usiłował ustawić w pierwszym rzędzie, jakby w dalszym tle pozostawiając tuzów pokroju Bartoszewskiego. Cóż, walka się zaostrza, więc i retoryka staje się silniejsza.
PiS jest ugrupowaniem z założenia antyelitarnym. W teorii, powstał po to, aby zwalczać ludzi, którzy szkodzili krajowi, między innymi z powodu samego faktu swojej “wyższości”. O ile, jeszcze w 2005 roku, Jarosław Kaczyński z dumą prezentował w swoim rządzie (bo czy to już wtedy nie był jego gabinet?) Stefana Mellera bądź Radosława Sikorskiego, o tyle z czasem trzeba ich było poświęcić na rzecz tworzenia wizerunku partii “zwykłych ludzi”. Zbyt arystokratyczny minister spraw zagranicznych nie mógł być trybunem owej zbiorowości społecznej, która jest w gruncie rzeczy kolejnym, niewiele znaczącym sloganem, przyciągającym wielu swoją niewinnością. Zostając “zwykłym człowiekiem” Polak, któremu się na przykład nie udało w życiu, może wytknąć palcem dawnych rządzących i triumfalnie rzec “wszystko przez nich!”. Oczywiście nie wszyscy wyborcy PiSu to takie persony, niemniej premier sam zdefiniował kiedyś grupę docelową swojej partii jako “pokrzywdzeni przez transformację ustrojową”. No i był to całkiem niezły chwyt, ściągnięty od niegdysiejszego mistrza w swoim fachu- Andrzeja Leppera. Tyle, że przywódca Samoobrony prawdopodobnie nigdy nie liczył na dorwanie się do władzy. Oczekiwał smacznej koalicji, na której mógłby zarobić i wyjść z niej bez strat. Wiedział, że przedstawiany jako jeden z przywódców kraju, natychmiast straciłby swoją wartość. Tak się też stało, ponieważ dał się skusić zbyt sprytnemu bliźniakowi. Pytanie brzmi: czemu jego taktykę zaczyna stosować teraz sam prezes Rady Ministrów? Ile można się wspierać na frustracjach społecznych?
Antyelitarność jest sprytnym chwytem, który może dać PiSowi nawet ponad czterdzieści procent w tych wyborach. Ta przewaga może szybko stopnieć, ponieważ obecnie rządzący nienawiść do “salonów” we wszelkiej formie przenieśli ze sfery werbalnej do prawdziwych działań. Zaprzeczają tym samym nieformalnemu prawu, według którego każda władza powinna mieć własne elity oraz “zaplecze intelektualne”. We wszystkich krajach, czy chodzi Związek Radziecki, czy o tak ukochaną przez Kaczyńskich, sanacyjną Polskę, ówczesny reżim wykształcał coś w rodzaju specjalnej “kasty”. Czasem byli to młodzi, fanatyczni urzędnicy, zaś kiedy indziej byli oficerowie legionowi. Nie mówmy już o artystach czy pisarzach, mniej lub bardziej bezpośrednio symbolizujących rządzących polityków. Było to ważne za czasów Rudyarda Kiplinga, jest bardzo przydatne i dzisiaj (Cool Britannia). PiS się całkowicie od tego odcina. Nie dość, że stawia na miernoty pokroju Gosiewskiego, kosztem świetnych ekspertów jak Zalewski, na dodatek nie korzysta z nielicznego poparcia środowisk inteligenckich. Co do tego ostatniego to chodzi mi o instytucje w miarę respektowane, jak Zdzisław Krasnodębski czy Jacek Trznadel, a nie radiomaryjnych profesorów.
Antysalonowość na dłuższą metę jest niepraktyczna i szkodliwa. Kaczyńscy próbują dyskredytować intelektualistów przywiązanych do III RP, nie mając nikogo na ich miejsce. Wydaje mi się, że jeśli nadal będą trwać w swoim postanowieniu, historia sama się na nich zemści. W historii chyba tylko Czerwoni Khmerowie zaciekle tępili jakikolwiek elitaryzm do cna, a porównanie proPiSowców do nich to równie głupia rzecz jak biadolenie o załamującej się demokracji. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość ma się stać wielką, ustatkowaną formacją musi odrobinę wystawić na widok publiczne swoje linie wewnętrznego podziału (stworzyć wrażenie czegoś naprawdę złożonego, ogromnego) i wykształcić swoją własną “cygarową prawicę”. Zaprezentować własnych intelektualistów, wartych więcej niż Ryszard Bender.
Słabość rządzącej partii w opisywanej przeze mnie kwestii i przysłowiową już “bezpłciowość” PO spokojnie może wykorzystać LiD. Zarówno korzystając z bardzo bogatych “zapasów” tych, którzy byli salonowymi lwami już w latach dziewięćdziesiątych, jak i współpracując ze środowiskiem “Krytyki Politycznej”. Wbrew pozorom, jak największa wygrana PiSu w najbliższych wyborach jest jak najbardziej w ich interesie, z uwagi na to, że jeśli komuś uszczknie to głosów, to raczej Platformie. Słabość formacji Tuska generuje wątpliwości młodych liberałów, których naturalnie powinny przygarnąć skonsolidowane Lewica i Demokraci. Ugrupowanie, które roli elit nie ignorowało nigdy. Jeśli za jakieś dziesięć lat PiS chce istnieć i nadal się liczyć w walce o władzę, nie może sobie pozwolić na brak swoich Lisów, Geremków, a nawet Michników. A wbrew pozorom, jest wśród kogo wybierać.
PiS I Czerwoni Khmerzy w jednym akapicie – bezcenne.