Lewicowy bakcyl

Kto by się spodziewał, że nawet “Fronda” złapie lewicowego bakcyla? Okładka ostatniego numeru, jak zwykle w przypadku tego wiecznie zbuntowanego pisma jest dowcipna i przyjemna estetycznie, ale nie rozczulaniem się ma być ta notka. Po prostu zaobserwowałem kolejny trend w dosyć jałowym dyskursie intelektualnym naszego kraju (a może w porównaniu z zawsze “poprawnym” Zachodem wcale taki nie jest?). Zachwyt niektórych, co oryginalniejszych prawicowców nad Gramscim, Zizkiem, a przede wszystkim nad “lansiarskim” dziełem Alaina Badiou – “Święty Paweł. Korzenie uniwersalizmu” nie jest już wcale taką rzadkością. Widząc najnowszą okładkę periodyku “awangardy polskiego katolicyzmu” mam masę całkiem frapujących skojarzeń- nawrócony Stanisław Brzozowski, przedwojenni PPSowcy i południowoamerykańscy księża spod znaku teologii wyzwolenia.
Lubię takie fikuśne połączenia, więc pomimo że “Fronda” nie reprezentuje ani moich poglądów religijnych, ani politycznych, aktualny numer na pewno zakupię w najbliższym czasie.

Obecnie Polacy raczej nie mają ochoty na lewicę z krwi i kości. Ci, którzy liczą na państwo socjalne przeważnie myślą, że PiS naprawdę kocha pomaganie z kiesy państwowej, ewentualnie oddają się w ramiona jakichś groszowych populistów. Młodsi, którym marzy się polska mutacja New Labour mają swój LiD- co prawda Kwaśniewski w Szczecinie znowu udowodnił, że do Blaira mu trochę brakuje, ale nikt nie jest idealny. Pierwsi chcą trochę pieniędzy od innych podatników i nie przejmują się etykietkami ideologicznymi, zaś drudzy wybierają kierując się względami estetycznymi. Nawet jeśli wybierana partia jest lewicą tylko z nazwy. Grupą socjalistów, którzy zostawili Marksa w domu, po drodze zgubili słuszną dawkę nienawiści do Kościoła i wchodząc do pracy, zdali sobie sprawę z tego, że w kwestiach gospodarczych liberalizm to jednak niegłupi pomysł. Gdzie w takim prymitywnym społeczeństwie miejsce dla Sierakowskiego? Czemu akurat w takich niesprzyjających czasach, gdy sieroty po PRL skokietował raczej PiS, a nie SLD, taki ideowy, “old schoolowy” socjalizm zaczyna błyszczeć?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, choć widzę parę przyczyn. Po pierwsze, faktycznie w kwestii przyswajalności eksportowych hitów zachodnich uniwersytetów i wpływowych klubów dyskusyjnych, można nasz kraj nazwać ulubionym określeniem Aleksandra Kwaśniewskiego. Tak, jesteśmy zaściankiem i to co gorsza zakompleksionym, ponieważ kiedy już dochodzi do nas jakaś modna idea, lubimy się nią zachłysnąć. Przyznaję, że i ja ten grzech popełniłem w przypadku Zizka- błyskotliwego, stawiającego bardzo dobre diagnozy, aczkolwiek przede wszystkim uwodzącego publicznym wizerunkiem filozofa. Wydaje mi się, że po mitycznym dla wielu, ‘68 roku, PRL zupełnie się zamknął na ideologiczną świeżość. O ile wcześniej, przynajmniej dyskurs marksistowski był bujny (oczywiście już będąc znacznie ograniczanym), tak po nagonce antysyjonistycznej i wielkiej emigracji, ludziom pozostała przyziemność. Uniwersytety zostały uciszone, zaś reżim posiłkował się nieciekawymi postaciami pokroju Bendera. Inteligenci albo wyemigrowali (Kołakowski), albo zeszli do podziemia (Michnik, Lipski). Ci z “odchyłem prawicowym” najczęściej już od dawna siedzieli na Zachodzie. Od osiemnastu lat sytuacja w kwestii dostępu do ideologicznych trendów z Zachodu się poprawia, szczególnie ostatnio, dzięki rozwojowi prasy “zaangażowanej” i złamaniu monopolu Gazety Wyborczej w dziedzinie opiniotwórczych dzienników. Dwa lata Kaczyńskich stworzyły również pewien punkt, do którego można się odnosić i na którym bardzo często opiera się przedstawiając zarówno teorie francuskich postmodernistów, jak i amerykańskich neokonserwatystów.

Po drugie, odnoszę wrażenie, iż naszym artystom po latach pokazowego brzydzenia się polityką i twierdzeniem, że są “ponad”. Bardzo mi się podoba, że w Teatrze Rozmaitości wystawiają sztuki Rene Pollescha, Masala Soundsystem śpiewa o IV RP, zaś “Krytyka Polityczna” wydaje książki o kulturze. Nawet te głupawe plakaty Petera Fussa mnie urzekają, choć jego dzieła nie są w moim mniemaniu warta zbyt wiele. Z jednej strony to źle, że artystów zaktywizował dopiero tak kontrowersyjny rząd, jak obecny, zaś z drugiej komentowanie polityki w prozie (polecam “Ostatnią Wieczerzę” Huellego), teatrze, czy nawet literaturze popularnohistorycznej, uważam za jedną z potrzebnych i pozytywnych cech sprawnego społeczeństwa. No i ciekawie jest poczytać, jak niewątpliwy tuz współczesnej poezji rodzimej wypowiada się dla dużej gazety codziennej, jak bardzo podziwia Kaczyńskiego. Chodzi oczywiście o słynny już, wywiad Jarosława Marka Rymkiewicza dla Rzeczypospolitej. Czytając go, przemknęło mi przez myśl, że to przesada, zaś jego poglądy są nieco nadwątlone przez propagandę PiSu. Po chwili skontastowałem, że taka odważna, konkretna deklaracja z ust twórcy, jest w dzisiejszej Polsce rzadkością.

Wreszcie, po trzecie, chyba naprawdę istnieje pomiędzy Odrą a Bugiem, odradzająca się grupa ludzi, którzy chcą prawdziwej lewicy, która nie miotałaby się pomiędzy Kwaśniewskim, a Millerem. Takiej dalekiej od “lewactwa”, twardej wobec Kościoła, dystansującej się od spraw prywatnych jednostki, szczerze wylewającej łzy nad ludźmi dręczonymi przez liberałów i nie wstydzącej się szacunku dla pewnych elementów PRLu. O czymś takim pisał kilkukrotnie, wspomniany już Sierakowski, o tym jest też zapewne najnowsza Fronda. Ta atmosfera przenika też “Obywatela”, który jest pisemkiem bardzo ciekawym, choć nieco staroświeckim. Sentymenty do klasycznego socjalizmu (choć również i do nowoczesnej socjaldemokracji) widzę w co lepszych notkach na blogu Wojciecha Orlińskiego.

Bardzo możliwe, że “boom” na “alternatywną lewicę” jest tylko zwyczajnym “boomem”. Krótkim i niewiele znaczącym, choć mam szczerą nadzieję, że tak nie jest. Polityczne mody to jakaś oznaka tego, że horyzonty intelektualne pewnej części Polaków rozszerzają się, zaś rodzimy dyskurs staje się o wiele bogatszy. Lewicowy bakcyl, którego złapała część intelektualistów (także tych domorosłych), w tym dziwacznym momencie, może wyglądać śmiesznie, ale na pewno nie jest czymś szkodliwym.

2 Odpowiedzi do “Lewicowy bakcyl”


  1. 1 Fauconnier październik 10, 2007 o 8:34 pm

    Zjawisko, które opisujesz ma charakter ogólnoświatowy i jest już dość stare. Po początkowym załamaniu się klasycznego dyskursu lewicowego po upadku ZSRR, dość szybko, bo jeszcze w latach 90-ych, wyroiła się masa ruchów anty- i alter-globalizacyjnych z rozlicznymi guru (Octavio Ianni, Ignacio Ramonet, Lori Wallach, Manuel Vazquez Montalban, by wymienić tylko niektórych, spośród tych, którzy byli bardzo modni parę lat przed Zizkiem). U nas te idee nie miały specjalnego wzięcia bośmy pewnie jeszcze wtedy zbyt dobrze pamiętali realny socjalizm. Jeśli teraz to się wreszcie zaczyna przebijać to primo, dlatego że dorosło pokolenie, które komuny nie pamięta, stąd lokuje swój młodzieńczy idealizm w takich przebrzmiałych pomysłach, secundo, ponieważ po raz pierwszy mamy w Polsce sytuację tak totalnej ideologicznej dominacji partii prawicowych, bądź uważających się za prawicowe, przy jednoczesnej kompromitacji klasycznej postkomunistycznej lewicy. Naturalną rzeczy koleją ludzie o poglądach lewicowych rozpaczliwie szukają jakiejkolwiek alternatywy. Stąd sukces medialny Sierakowskiego i „Krytyki Politycznej”.
    Trochę mnie jednak dziwi, że traktujesz to zjawisko jako pozytywne i doszukujesz się w nim walorów jakiejś świeżości. Ja już tu kiedyś pisałem na Twoim blogu, że odrzucam ten dyskurs właśnie dlatego, że jest anachroniczny. Francuscy konserwatyści swego czasu ukuli zgrabne określenie na tę nową, „alternatywną” lewicę – „paleo-marksiści”. I to jest dobra nazwa. Ci ludzie są właśnie kompletnymi dinozaurami. Masz rację, że szkodliwi raczej nie są, ale też nic sensownego nam nie zaproponują. Są na to zbyt nietwórczy.
    Ale właściwie nie o tym chciałem pisać. Zaintrygowała mnie pozytywna wzmianka o „Ostatniej Wieczerzy” Huellego. Naprawdę Ci się podobała? Ciekawym dlaczego. Pytam serio. Ja go bardzo lubię jako pisarza, ale tym razem mnie rozczarował. Wydaje mi się, że nie miał pomysłu na jedną konkretną diagnozę stanu religijności współczesnych Polaków, więc zamiast tego powrzucał do swojej powieści wszystkie modne, medialne tematy. Czego tu nie ma? Jest i problem homoseksualizmu i terroryści islamscy i patologie współczesnej sztuki nowoczesnej i koszta transformacji ustrojowej z kapitalistycznym rozbuchanym konsumpcjonizmem na czele i ksiądz Jankowski ze swoim antysemityzmem i płytka religijność na pokaz różnych oficjeli i Bóg jeden wie co jeszcze. Krótko mówiąc, za dużo grzybów w tym barszczu. Konstrukcja powieści się rwie i w końcu nie za wiele z niej wynika. Przyznaję, że jest to przynajmniej świetnie napisane. Widać znakomity warsztat pisarski ale jak dla mnie to trochę za mało. Krytyka zresztą też przyjęła tę powieść dość chłodno i wyjątkowo muszę się z nią zgodzić. Więc co Ciebie do tej książki przekonuje?

  2. 2 Piotr Woyke październik 11, 2007 o 4:33 pm

    Co do anachronicznych dyskursów, to i ja się nimi szczególnie nie zachwycam, bardziej oddziałowują one na mój gust estetyczny, jak każde “paleo” idee. Fascynuję się nimi bardziej jak sztuką i czasem staram się zauważać przenikanie niektórych elementów do realnej, dzisiejszej polityki.

    Co do “Ostatniej Wieczerzy”, to w mojej prywatnej ocenie nie dorównuje ona do “Weisera…”, “Castorpa” czy nawet “Mercedesa-Benza”, niemniej widzę w niej pewną wartość. Po pierwsze, jak już zasugerowałem w notce, doceniam pojawienie się akcentów politycznych, nawet jeśli nie są one specjalnie odważne, bo parodiowanie groteskowych ludzi pokroju Jankowskiego nie jest trudne. Postrzegam ostatnią książkę Huellego jako swego rodzaju dziennik, zbiór przemyśleń, uformowany w powieść. Osobiście lubię takie z lekka nieuporządkowane, lekko napisane utwory. Jedną z rzeczy, które je świetnie budują, są właśnie te modne, medialne “grzyby”. Dodając do tego fakt, iż autor na pewno załatwił przy okazji parę prywatnych porachunków (z jakimś artystą, bądź specyficznym prałatem), czuję, że otrzymuję zgrabnie sklejone refleksje pisarza, który siadał wieczorem z herbatą i myślał nad tym, co się zdarzyło. Nie jest to majstersztyk literacki, ale doceniam takie eksperymenty. “Ostatnia Wieczerza” była dla mnie po prostu bardzo przyjemną lekturę na zakończenie wakacji. Ot, cała tajemnica:)


Napisz odpowiedź




Kategorie

Archiwa