Ukryta strategia

Są filmy, na które czekam parę miesięcy, ze świadomością, że wybranie się nań wcale nie jest takie pewne. Oglądam trailer, widzę kilka ciekawych rzeczy, ale nie wzbudzają we mnie ogromnego entuzjazmu. Istnieją również pewne specyficzne “stymulatory”, które sprawiają, że szanse wybrania się na seans znacznie wzrastają. Na przykład wyrazista, negatywna opinia Pawła Mossakowskiego. Roberta Redforda darzę pewną sympatią jako aktora – o jego dokonaniach reżyserskich, szczerze mówiąc, niewiele słyszałem. Gdy w ostatni piątek otworzyłem “Co jest grane” i ujrzałem recenzję Mossakowskiego, rozpoczynającą się słowami “niewiarygodne nudziarstwo”, wiedziałem, że muszę “Ukrytą strategię” zobaczyć.

Nowy film Redforda to kolejny poważny, polityczny komentarz do aktualnej sytuacji na świecie. To miłe, że Hollywood wróciło do wojny z Waszyngtonem. Najpierw Clooney, teraz Redford, generalnie uznani dżentelmeni w średnim wieku. “Ukryta strategia” to luźno połączone, dziejące się w tym samym czasie dialogi- wykładowcy politologii (Redford) ze zdolnym, ale leniwym studentem, popularnego kongresmena (Cruise) z doświadczoną dziennikarką (Streep) i dwóch żołnierzy uwięzionych w afgańskich górach. Upraszczając sprawę- profesor referuje sens obywatelskich działań, kongresmen nową strategię walki z talibami, zaś żołnierze próbują wytrwać w piekle. Nie brzmi to może zbyt ciekawie, bo i wielu ludzi nie uzna tego filmu za interesujący. Ja oprócz powodów do narzekań, dostrzegłem zalety.

To detal, na dodatek dosyć charakterystyczny dla Polski, ale tłumaczenie tytułu jest beznadziejne. Oryginalny tytuł (“Lions for lambs”) idealnie podsumowuje przesłanie filmu. Mówi on o tym, że na Bliskim Wschodzie, pod wodzą niezdarnych oficerów, dla zwykłych Amerykanów, poświęcają się inni, niezwykli Amerykanie. To właśnie te “lwy” są prawdziwą elitą Stanów Zjednoczonych. Przeżywający górski dramat bohaterowie są tego najlepszym przykładem. Zgodnie z duchem political correctness są to Murzyn i Latynos, którzy na pewien czas rezygnują z perspektywy wspaniałych studiów, aby spełnić obywatelski obowiązek. Ich wątek jest akurat najgorszy i najnudniejszy. Pełni rolę ilustracji do tez wygłaszanych w przytulnych, kalifornijskich i waszyngtońskich gabinetach.

Cóż więc interesującego w tym naiwnym idealizmie? W dialogach cynicznego republikanina i tęskniącej za ‘68 i zaprzedanej dziennikarki, profesora z misją i jego zbuntowanego studenta? Po pierwsze całkiem duża dawka obiektywizmu. To dosyć proste, ale podoba mi się, że wyartykułowano wszystkie klasyczne argumenty, bez jednoznacznego stawiania na “bushyzm”, czy ruch antywojenny. Po drugie padło kilka niezłych kwestii, choćby z ust kongresmena, który w pewnym momencie stwierdza, że nakręcający patriotyczne nastroje dziennikarze również ponoszą winę za Afganistan. Po trzecie, film świetnie ukazuje jak bardzo polityka pobudza nawet ludzi, którzy deklarują całkowite doń obrzydzenie i twierdzą, że są ponad nią. Po czwarte, nie unikając klasycznego, amerykańskiego patetyzmu, jest to ciekawa lekcja o społeczeństwie i politykach, przynajmniej patrząc z małego, europejskiego kraju. Po piąte, wspomniany wyżej patetyzm przejawia się zarówno w banalnej i okropnej scenie końcowej, jak i świetnie zmontowanej sceny, w której Meryl Streep wraca taksówką do redakcji, po wywiadzie z Cruisem (pierwszy raz od “Wywiadu z wampirem” gra na poziomie!). Naprawdę, prosty epizod, a dobór muzyki i montaż cenią go chyba najbardziej poruszającym z całego filmu.

Krótko mówiąc o stronie technicznej, muszę oddać honor dziennikarzowi “Wyborczej”. Faktycznie można ten obraz porównać do sztuki teatralnej. Możliwe, że lepiej by to wyglądało w teatrze, ale z drugiej strony jak pokazać mroźny, upiorny Afganistan na scenie? Zdjęcia są poprawne, muzyka nie przeszkadza (wręcz jak już wspomniałem, bywa kluczowa), zaś aktorzy grają bez zastrzeżeń. Cruise zasługuje na pochwałę, ponieważ nie denerwował, a w pewnych momentach był nawet równorzędnym graczem dla, jak zawsze wyśmienitej Meryl Streep.

Film nie ustrzegł się oczywiście wad – dłużyzn w środkowej części, słabości scen “żołnierskich”, a także pewnej naiwności w dialogach. Profesor manewrował jak mógł, ale i tak większość jego wypowiedzi sprowadzała się do dosyć banalnych frazesów o potrzebie działalności obywatelskiej. A może teraz, gdy filmy są w większości raczej antyspołeczne (czy tam postulujące “głęboką przebudowę”), taki idealistyczny Redford jest właśnie potrzebny?

Jeszcze w trakcie seansu wpadła mi do głowy myśl, że taki film przydałby się Polakom. W miarę obiektywny (nie jak “Ekipa”, której “misja” jest jednoznaczna politycznie) dramat, opowiadający choćby o wyborach. Nawet tych ostatnich, podobno “najważniejszych od ‘89 roku”. Nie żebym wierzył specjalnie w dydaktyczną moc filmu – po prostu Polacy też zasługują na solidną, metapolityczną produkcję.

0 Odpowiedzi do “Ukryta strategia”



  1. Nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz




Kategorie

Archiwa