Wakacje z neokonserwatyzmem
grudzień 9, 2007 autor Piotr Woyke
W 2001 roku, tuż po 11 września, wszystko wydawało się prostsze. Mniejsza czy zamach był dziełem Al Kaidy, czy makiawelicznej kamaryli z CIA- wszyscy patrzyliśmy zatrwożeni w ekrany telewizorów (lub komputerów) i widzieliśmy wiwatujące tłumy Arabów na ulicach miast. Niewiele wtedy myślano o tym, że jest to tylko radykalna mniejszość itd., świat Zachodu znalazł wreszcie okazję- aby wyładować cichą niechęć do arabskich imigrantów (Francja, Hiszpania itp.), pokazać, że nadal jest potęgą, i wreszcie, kilkanaście lat po upadku ZSRR spersonalizować nowego globalnego wroga.
Twin Towers to również apogeum sukcesów amerykańskich neokonserwatystów, uwieńczenie ich zwycięskiego pochodu, rozpoczętego od “Republikańskiej Rewolucji” w połowie lat dziewięćdziesiątych. Od tego czasu zdążyli wprowadzić popieranego przez siebie George’a Busha jr na urząd prezydencki i stać się znaczącą siłą w debacie publicznej. Wspinając się po plecach religijnej prawicy, stali się prawdziwymi elitami “bushystowskiego” państwa. Po wspomnianym już Twin Towers, to oni pierwsi rzucili hasło ataku na Afganistan, oraz w dalszej perspektywie Irak i Iran. Dzisiaj, cztery lata po rozpoczęciu operacji w Iraku, “neoconi” zdają się spadać z piedestału, podobnie jak notowania aktualnego prezydenta.
Sam pamiętam, że swego czasu byłem neokonserwatyzmem zafascynowany- robił na mnie wrażenie ich otwarty imperializm i poczucie misji, a także szacunek dla wolnego rynku, tykanie fundamentalistów religijnych tylko w celach politycznych oraz stanowczość wobec terrorystów. Wydawało mi się, że osiągnięcia Aznara, Blaira, a także zapowiadane jakiś czas później sukcesy niemieckiej chadecji i Sarkozy’ego wynikają w jakiś sposób ze skuteczności takich ludzi jak Podhoretz czy Gingrich. Miałem spóźnione poczucie “końca historii”- armie Zachodu maszerowały aby nieść demokrację ciemnym ludom Wschodu, zgnieść zgniłe socjaldemokracje swoją ideową mocą itp. Cóż, każdy bywał naiwny. Moje “wakacje z neokonserwatyzmem” (skojarzenia z tytułem ostatniej “Krytyki Politycznej” tylko połowicznie dobre…) skończyły się nawet szybciej, niż entuzjazm tzw.”światowej opinii publicznej” dla wojny z terroryzmem. O ile nadal uważam walkę z islamistami za potrzebną, o tyle strasznie mi wstyd, że dałem się uwieść trockistom i “campusowym” lewakom, którzy w pewnym momencie nabrali ochoty na zabawę w globalną politykę. Oczywiście specjalnie przesadzam, ale określenia w stylu “islamofaszyzm” (oczywiście, pomijając ich smaczny, populistyczny kontekst) wskazują na pewien prymitywizm, tak charakterystyczny dla pokolenia ‘68.
Pomimo, że sytuacja w Iraku powoli się stabilizuje, zaś Rudolph Giuliani jest prawdopodobnym republikańskim kandydatem na prezydenta, atmosfera do atakowania neoconsów jest nadal świetna. Szczególnie w Polsce, gdzie z naciąganych powodów, zwykło się porównywać bushyzm do kaczyzmu, zaś tarcza antyrakietowa staje się traumą “spokojnych i zmęczonych brutalnością politycznego szamba” wyborców zwycięskiej partii. Wyraz tym nastrojom daje w opublikowanym około dwóch tygodni temu komentarzu, “pierwszy emo IV RP” (made by Orliński) Cezary Michalski. Widzę w jego słowach wiele prawdy, a zarazem coś dzięki czemu zarówno PiS, jak i neokonserwatyści mają szansę jeszcze powrócić do władzy. Otóż wiceredaktor naczelny “Dziennika” całą swoją uwagę skupia na opisywaniu niewątpliwych błędów Busha, przy okazji omijając potencjalną receptę na problemy, które wyniosły go do władzy. Myślę, że ten tekst o wiele lepiej wyglądałby na jakimś opiniotwórczym blogu, ale w gazecie jest tylko kolejnym ciosem wymierzonym w pseudoprawicowe (bo co z neoconów za prawica…) gęby. A tak, Michalski postawił sprawdzonego Schmitta w jednym szeregu z nigdy nie zrealizowanym Jungerem, i wcisnął na siłę rymkiewiczowskiego żubra w amerykański kontekst. Z tym ostatnim to naprawdę głupota, bo w gruncie rzeczy Wolfowitz, Rumsfeld i banda odnowili spór, który o amerykańską politykę zagraniczną toczy się już od dawna.
Mimo wszystko, nadal podziwiam neokonserwatystów. Dzisiaj, gdy ideologie ustępują miejsca ekonomii, bohaterom mojego tekstu, udało się przebić marazm. Oparli się na establishmencie i wielkim biznesie, aby pewnym kosztem przemycić swoje, a niech użyję tego słowa, monumentalne idee. I choć nie po drodze mi z nimi, myślę, że już na stałe wpisali się do historii i nie do końca wiadomo czy negatywnie- aby to ocenić, potrzeba jednak jeszcze trochę czasu.
Czasem nie rozumiem co piszesz - trochę to przeintelektualizowane ;P Ale czyta się i tak fajnie, as always.
Dla mnie przygoda z neokonserwatyzmem zaczęła się od lektury tekstów Irvinga Kristola i Daniela Bella z lat 70-ych. Po dziś dzień pamiętam uczucie intelektualnego olśnienia, że oto wreszcie ktoś mówi coś naprawdę nowego i sensownego o świecie. Zachłysnąłem się tym wtedy. Nadal uważam zresztą te stare rzeczy pierwszych ojców założycieli neokonserwatyzmu za myślowo stymulujące. Słabość doktryny, jak ją widzę po latach, bierze się chyba głównie z jej trockistowskich korzeni. Ex-lewicowcy nie przenieśli może do swego nowego światopoglądu starych idei, ale przenieśli metodę rozumowania w kategoriach dialektyki heglowskiej. Nie wystarczyło nadać „końcowi historii” nowej, sympatycznej, demokratycznej treści, by koncept ten przestał być przez to zdradliwy i niebezpieczny. I to w końcu zgubiło neo-consów. Wystarczy pobieżny rzut oka na ich politykę zagraniczną by zobaczyć jak została ona zdeterminowana fukuyamowskim myśleniem. Skutki, jakie są, każdy widzi. Paradoksalnie twardziej stąpający po ziemi okazali się zwykli konserwatyści, bez „neo”, z ich tradycyjnie sceptycznym stosunkiem do demokracji. Ów sceptycyzm właśnie chronił ich zawsze przed odlotami w rojenia o końcach historii i oni by pewnie takich błędów w Iraku nie popełnili. To znaczy wygrawszy wojnę nie bawiliby się w demokratyzację kraju, tylko zastąpili Husajna jakimś innym dyktatorem, bardziej US-friendly, i sytuacja byłaby wówczas zapewne stabilniejsza. Z drugiej strony jednak tacy tradycyjni, europejscy konserwatyści nie mieliby szansy ani wtedy, ani dzisiaj przejąć w Ameryce władzy (w Europie zresztą też nie). Neokonserwatyzm natomiast przeprowadził rewolucję w kulturze, której długofalowe skutki będziemy odczuwać jeszcze przez wiele lat. Udało mu się to, bo, primo, był atrakcyjny, w tym zwłaszcza dla ludzi młodych, co nigdy nie udało się zwykłemu konserwatyzmowi, secundo, w wielu proponowanych rozwiązaniach okazał się po prostu skuteczny. Byłoby smutne gdyby zapamiętano tylko jego nieudaną, spaczoną Heglo-Fukuyamą, politykę zagraniczną. Nie przekreśla ona wszak dokonań w polityce wewnętrznej i w kulturze.
Fauconnier: Myślę, że najważniejszym długotrwałym skutkiem działań neokonserwatystów, jest przede wszystkim przebicie do publicznego dyskursu paru, pozornie banalnych frazesów, o konieczności obrony pewnych wartości charakterystycznych dla Zachodu. I nie chodzi tu o poglądy na temat aborcji itp, bardziej o wolność jednostki samą w sobie. Stanowcza obrona tejże jest rzeczą, na której popularność mogą zbudować owi zwyczajni konserwatyści bez “neo”, o których piszesz. Wydaje mi się, że neokonserwatyzm był o tyle atrakcyjny dla młodych ludzi, że charakteryzował się pewnym dynamizmem, stanowczością i tym, że był… modny? To chyba nie za dobre słowo, w każdym razie do dzisiaj jest on kojarzony z wykształconymi, dobrze usytowanymi ludźmi, także tymi poniżej trzydziestki (jeśli tylko nie mają końcówki nazwiska -stein i nie mieszkają w Nowym Jorku
).