Radio Armageddon już nigdy nie zagra
kwiecień 19, 2008 autor Piotr Woyke
Krążąc pomiędzy zaskakująco słabymi opowiadaniami obozowymi Tadeusza Borowskiego i świetnymi “Płomieniami” Stanisława Brzozowskiego, miałem szczęście przeczytać “Radio Armageddon”. O debiucie Jakuba Żulczyka słyszałem pozytywne opinie, poza tym pamiętałem jego solidne artykuły dotyczące materii… gier fabularnych, no i te z Relaza- również niezłe. Prócz tego, zafrapowało mnie, iż bohaterami są dziwne dzieciaki z rocznika ‘89. W głowie zabłysnęła przysłowiowa żarówka i pojawiło się pytanie: “czy to już pierwsza powieść o moim pokoleniu?”. Serio mówiąc, najbardziej chciałem po prostu skonfrontować własny obraz rówieśników z prywatnych szkół z tym wykreowanym przez twórcę tego bloga.
Rzecz rozgrywa się w bezimiennym, całkiem sporym mieście (miejscami przypomina Warszawę, zaś innym razem różne rodzime metropolie ze wschodu). W tymże istnieje prywatne liceum- szkoła z gatunku alternatywnych, w której uczniów traktuje się równą ilością klasycznego, nudnego materiału oraz wybujałymi psychotechnikami. Oczywiście sami licealiści zdają sobie sprawę z tego, że ich coroczne zdawanie jest wliczone w niemałe czesne. W związku z tym skupiają się na tradycyjnych rzeczach- używkach, ciuchach, odszukiwaniu się wśród rówieśników, ale o żulczykowym portrecie młodzieży później. Parę miesięcy przed maturą w szkole pojawia się nowy uczeń. Bladolicy, bardzo inteligentny, ale dziwaczny Cyprian. Od razu zaznajamia się z ludźmi, którzy są nim szczerze zafascynowani, a zarazem jemu samemu wydają się być nieco wyrastający ponad przeciętną. Są to oczytana, piękna Nadzieja (tak, to jej prawdziwe imię), krótko trzymany przez rodziców Szymon oraz wybuchowy Gnat. To właśnie powyższa czwórka zakłada tytułowy zespół muzyczny, czyli “Radio Armageddon”. Żulczyk nie przejmuje się za bardzo porządkowaniem fabuły według czasu. Sama historia zjawiska społecznego jakim stała się grupa, zaczyna się w momencie gdy nagle znika Cyprian.
Niewątpliwie autor ma świetny zmysł obserwacji. Dokładność z jaką wytyka pozornie zupełnie nieważne elementy- dziewczyny w baletkach, śmierdzące potem grających w Counter Strike’a kafejki internetowe, późne posiłki w McDonald’sie- robi wrażenie. Możliwe, że tylko na ludziach z mojego rocznika i okolicznych, bo o niczym nie czyta się tak dobrze jak o sobie. Na pewno nie można “Radia…” uznać za panoramę polskiej młodzieży. Primo, jest to niemożliwe choćby z tego powodu, że np.w Warszawie sprawa wygląda zupełnie inaczej niż 50 km na wschód od niej. Secundo, o ile na początku widać jeszcze pretensje Żulczyka do opisania zbiorowości uczniów prywatnego liceum, o tyle wraz z przeczytanymi stronami, fabuła skupia się na konkretnych bohaterach. Tertio, sam pisarz nie miał zapewne intencji odmalowywania całego pokolenia, choć przez całość fabuły przebija nie pierwszej świeżości wniosek- dorastająca młodzież jest “pusta”. Wydarzenia, które dzieją się w dalszej części książki jakby udowadniają tezę, że każdemu pokoleniu potrzebny jest bunt/kultowy zespół/kultowy film/ruch polityczny itd. Robi to w sposób całkiem przekonujący. Oczywiście jest tu parę kropel przerysowania i groteski, ale w znacznej mierze jest to mikstura realistyczna. Dowodem na to jest choćby fakt, iż Radio Armageddon jest gotowe rozpalić cały świat, ale udział w tym muszą mieć koncerny płytowe, agencje PR, firmy robiące gadżety i sprytni manager’owie w drogich marynarkach. Obrazowo mówiąc- Atari Teenage Riot musi w pewnym momencie dogadać się z Tokyo Hotel.
Mimo wszystko, słusznie powiadają uczeni recenzenci, że jest to książka o dorastaniu. Można ją zaklasyfikować jako “pożegnanie z młodością”, choć wydaje mi się, że gdzieś w treści widać żal autora, że przez ostatnie kilkanaście (kilkadziesiąt?) lat nie było wybuchu młodzieżowego gniewu. Przecież to pokolenie urodzone pod koniec lat 80-tych również mogło najpierw mieć własną Siekierę, czy Dr.Hackenbush’a, a dopiero potem dać się zmielić w maszynie pełnej iPod’ów, płatnych studiów i muzyki relaksacyjnej w modnych klubach. Tak jak amerykańscy hippisi wkrótce odziali drogie garnitury, zaś wielu punkowców przeszło na drugą stronę barykady i zostało nauczycielami. Oczywiście generalizuję- faktem jest, że pierwszy rocznik III RP jest jakiś niepełnosprawny społecznie. Nie spoiło go żadne wydarzenie polityczne (bo chyba nie antygiertychowskie protesty), niezbyt rozumieją sens bycia obywatelem, wreszcie, bardzo mocno widać w ich przypadku różnice wynikające z przyczyn ekonomicznych. Na Jarocinie nie bawią się razem dzieci robotników z małych miast i wielkomiejskiej inteligencji. Ci pierwsi nawet jeśli by chcieli, zapewne nie zostaliby wpuszczenie do wielu klubów. Co gorsza ci drudzy często pogardzają nimi, tak jak całą Polską B. Trochę żałuję, że Żulczyk o tym nie pisze, ponieważ zjawisko było nawet badane i mogłoby dodać książce socjologicznego sznytu. Zespół “Radio Armageddon” byłby wiarygodniejszy, gdyby nieco więcej miejsca poświęcono temu jak jednoczy ponad podziałami itp., choć faktem jest, że w miejscu gdzie takie opisy powinny nastąpić są już rzeczy ważniejsze z pisarskiego punktu widzenia. Chodzi o przemiany dokonujące się w głównych bohaterach.
Już po pierwszych dwudziestu stronach można się domyśleć, że Jakub Żulczyk czytał Chucka Palahniuka i ma apetyt na bycie chyba pierwszym Polakiem piszącym jak Amerykanie. Nie ma w tym nic złego- osobiście uwielbiam odwołujące się do popkultury porównania, klasyfikowanie grup i jednostek na podstawie słuchanej muzyki, noszonych ubrań, częstotliwości mycia się itp. W pewnych momentach, autor zaczyna trochę przesadzać i niemal pisać tym Eastonem Ellisem, czy wspomnianym wyżej autorem “Fightclubu”, ale tylko chwilowo. Nie jest to wybitnie prosta książka do przeczytania, poza tym trzeba mieć pewną ogólną wiedzę aby w pełni ją rozumieć, ale paradoksalnie polecam ją do przejażdżek tramwajem czy metrem. Naprawdę dobrze spełnia rolę “pochłaniacza uwagi”.
Jakub Żulczyk wcale nie jest najbardziej bezczelnym, młodzieżowym i gówniarskim polskim twórcą, jak twierdzi krótka biografia na tylniej części okładki. Porównanie do Pynchona i DeLilla (tako rzecze “Playboy”, którego Żulczyk jest felietonistą)- to dopiero bezczelne. W każdym razie “Radio Armageddon” to kawał porządnej literatury. Z jego lektury wielką przyjemność będziemy mieli my, “gówniarze”, szczególnie za jakieś 5-10 lat. A może będzie to żal, ponieważ Radio Armageddon już nigdy nie zagra.
Łał, książka może być rewelacyjna. Koniecznie do zapoznania się bliżej.
Ostatnio przymierzam się do przeczytania “Radia”, po tej recenzji zrobię to na pewno.
Niezły kawał recenzji, naprawdę gratuluję. Podoba mi się, że zwróciłeś uwagę na niedoceniany aspekt socjologiczny - nierówności społeczne. różnice między miastem a wsią. Z jednej strony to lekko niedoceniane poletko w polskiej literaturze, z drugiej temat, który łatwo spieprzyć, jak to się dzieje ostatnio w polskich filmach, które jeden za drugim trącą tanim moralizmem.
Twoje recenzja z pewnością zachęca chociażby do zapoznania się z książką, lektura bloga autora natomiast bardzo źle nastawia do odbioru tejże książki :]. Jak tylko skończę zakupiony dzisiaj za bon ze szkoł “Lód”, postaram się rozejrzeć.
Swoją drogą - nie masz poczucia, że książka jest nadęta i napisana z mesjanistycznym nadęciem? Łatwo wpaść w taką pułapkę pisząc książkę o ‘współczesnych nastolatkach’, szczególnie, jeżeli próbuje się sztucznie wtłaczać ich w ramy wspólnych, pokoleniowych mianowników ;].
Generalnie, blog autora mial lepsze czasy, kiedy nie bylo szumu wokól “Radia…”, ale mniejsza
Co do nadęcia- o ile dobrze Ciebie rozumiem, to raczej nie ma czegoś takiego. Powtórzę, to nie jest książka o ogóle polskich nastolatków. Ona jest glównie o tych dzieciakach z wielkomiejskich, prywatnych liceów, a gdzieś po drodze są pouczające obrazki reszty mlodzieży. Żulczyk wie o czym pisze (tak mi się wydaje przynajmniej), ale nie stara się być wieszczem.
Czyli spoko. Aha - jak mogły Ci się nie spodobać opowiadania Borowskiego? Profanie! : ]