Gdy parę, ładnych miesięcy temu Marek Krajewski ogłaszał, że “Festung Breslau” ma być ostatnią książką z cyklu, opowiadającego o Eberhardzie Mocku, byłem nieco zawiedziony. Z jednej strony rozumiałem myśli, które zapewne targały pisarzem. Nawet w przypadku najlepszych serii, gdzieś w okolicach trzeciego tomu już “dla przyzwoitości” pojawiają się głosy, że brak już pomysłów, świeżości i generalnie, rzecz już niegodna kubków smakowych literackich krytyków. Możliwe, że samemu autorowi literackie oddawanie hołdu Breslau po prostu się na jakiś czas znudziło. Mniejsza, w każdym razie byłem zawiedziony bo ponad tysiąc stron spędzonych z Mockiem pełnych było tego, czym powinien się charakteryzować dobry kryminał- emocji, skalanego społeczeństwa, degeneracji, problemów życiowych głównego bohatera i całkiem elegancko serwowanych trupów. Do tego dochodził największy atut i wizytówka Krajewskiego- niesamowita sceneria opowiadań, ale o starej niemczyźnie później. Takie “mitteleuropejskie noir”.
Na szczęście okazało się, że Krajewski kłamał, ale w duchu wszechogarniającego relatywizmu oczywiście trzeba mu to wybaczyć. “Dżuma w Breslau” to ten sam Mock, którego tak lubię- zachlewający się i chędożący facet w średnim wieku, którego od upadku ratują przebłyski nieprzeciętnej inteligencji. Jak zwykle, nie są to literackie wyżyny, tylko kawał porządnej, sensacyjnej prozy. Tym razem rzecz rozgrywa się na początku lat dwudziestych. Gdzieś w tle pada w turecki Kalifat, zaś Niemcami targają wewnętrzne niepokoje, ale teutoński Wrocław jest taki jak we wszystkich książkach Krajewskiego- brudny, a przy tym piękny, mieszczański i szalony zarazem. Tym razem nadwachmistrza Eberharda ktoś próbuje wrobić w zabójstwo dwóch prostytutek i ich alfonsa. Przykro mi, że nie mogę więcej opowiedzieć o fabule, ale zepsułoby to potencjalnym czytelnikom zabawę.

Mówię tu o samej książce, a chciałem napisać o czymś więcej- fascynacji starymi Niemcami. Taką cechę przejawia Donald Tusk mówiąc o Gdańsku (jest to rzecz niebezpieczna, szczególnie gdy za słówka łapie Jarosław Kaczyński), Paweł Huelle, a także Stefan Chwin. Oczywiście nie porównywałbym czysto politycznej, tuskowej fascynacji mieszczaństwem z jakąś bardziej transcendentną więzią, która łączy pisarzy z ich miastem, bądź regionem. Chodzi o sam fakt odnajdywania czegoś w Borussi, Breslau, Danzig bądź Niederschlesien. Dziwny sentymentalizm, który i ja przejawiam podziwiając opierający się czasowi, piękny, architektoniczny spadek po niemieckich zaborcach. Oglądając w albumach zdjęcia rynków małych, bawarskich miasteczek (co roku obiecuję sobie je zwiedzić), czy choćby czytając tego Krajewskiego i wypijając wraz z Mockiem kolejne butelki piwa oraz paląc mocne papierosy “Ihra”… To mnie w jakiś sposób estetycznie porusza, choć już nigdy nie wróci, bo niedługo już wszyscy Niemcy zajmą się czytaniem “Bilda” na hiszpańskiej plaży. Dlatego tak mnie rusza pochwała niemczyzny, którą czyni na przykład Huelle w swoim “Castorpie”.
Krajewski też w pewnym sensie pisze peany na cześć “alte Deutschland”. Breslau w jego książkach ma wszystkie objawy choroby, która dotknęła całe przednazistowskie Niemcy- degenerację, sfrustrowany plebs, niszczejące elity. Posiada też wszystko to za co uwielbia się niemczyznę, czyli liczną grupę statecznych mieszczan, kameralne piwiarnie, monumentalne gmachy oraz czyste ulice. Nie jest to tak sympatyczne jak cesarsko-królewskie metropolie, ale ma swój urok.