Skończyło się! Telewizje zarobiły godne pieniądze za to show, publiczność się poemocjonawała, zaś politycy zyskali… niewiele. Rozpatrując sprawę teraz, “na trzeźwo” dochodzę do wniosku, że znaczna większość ludzi jeszcze przed wydarzeniem, miała już, paradoksalnie, wyrobioną opinię kto jest zwycięzcą. Oczywiście chodzi o osobistego faworyta. Nikt nie wygrał jednoznacznie. Przegrana jest za to sama idea.
Poglądy wyrażone przez dwójkę dzisiejszych bohaterów nikogo nie zaskoczyły. Gdybym miał całą debatę streścić w paru słowach, powiedziałbym: wymiana niekonkretnych argumentów (często naciąganych, bądź banalnych, szczególnie u Kwaśniewskiego) plus skandalicznie stronnicza Monika Olejnik i nieeleganckie zachowanie byłego prezydenta. Bardzo mnie zirytowały sztywne ramy czasowe, które sprawiły, iż wypowiedzi dyskutantów brzmiały według schematu:
stosunkowo długa apologia własnych dokonań > stosunkowo krótka krytyka działań przeciwnika > poprzedzona gongiem i uwagą prowadzącego o kończącym się czasie, błyskawiczna wiązanka niezbyt rozsądnych słów
Rozumiem, że w Stanach Zjednoczonych, technikę dostosowywania się do absurdalnie krótkiego czasu doprowadzono zapewne do minimum, ale telewizyjni realizatorzy i sztabowcy, którzy ustalali przebieg całości, powinni być choć odrobinę wyrozumiali dla naszych polityków. Litości, przecież te gongi przywoływały atmosferę walki bokserskiej (jest ona zresztą przenośnią, która trafnie określa całą debatę), bądź polsatowskiego teleturnieju.
Trochę się zawiodłem na tym postpolitycznym spektaklu. Nie zdoła on nikogo przekonać, choćby do refleksji nad tym czy podjęta już decyzja o wyborze partii jest na pewno słuszna, a raczej umocni fanatyków obu stron. Bo i mnie ta dyskusja nie ruszyła, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że Kwaśniewski jest wyższy i ma lepszą opaleniznę, a także wiem, że jeśli mam wybierać to bliżej mi do pryzmatu, przez jaki na politykę patrzy Kaczyński. I tak, pomimo licznych błędów obecnej grupy rządzącej, nie przekonam się do człowieka, który ułaskawia mordercę, a przy okazji bankiera własnej frakcji politycznej. Nie polubię “przywódcy europejskiego formatu”, który nie wie, że przed wizytą w miejscu masowej rzezi raczej nie pije się więcej niż kieliszek na rozgrzanie. A kto się lepiej zna na tym co robi, okaże się już dwudziestego pierwszego października.