Posty otagowane 'Europa'

Obama w Europie i burzenie palazzo

Obama w Berlinie
Żałuję, że akurat żeglowałem. A może nie żałuję? Wiadomo było, że Barack Obama zrobi w Berlinie wielki spektakl, ale mimo wszystko jestem zaskoczony. Szkoda mi, że nie widziałem tego na żywo na CNN, choć z drugiej strony sama sytuacja nie napawa mnie optymizmem. Jako esteta jestem zachwycony uporem amerykańskich spin doctorów, którzy chcą uczynić z senatora nowego Kennedy’ego. Będąc amatorem niemieckiej historii, niezmiernie mnie bawi, że Obama szarżuje z hasłami pokoju, zgody i przyjaźni pod jednym z najpiękniejszych symboli niemieckiego nacjonalizmu. Najbardziej mnie jednak smuci małpi entuzjazm z jakim Europejczycy, zawsze chętni do serwowania “durnym Jankesom” swoich wzorców “wysokiej kultury”, witają przybyłego zza Oceanu idola.

Gdy czytam o Franku Walterze Steinmeierze mówiącym dziennikarzom “Yes, we can” i widzę na zdjęciach tłumy berlińczyków wiwatujące na cześć człowieka, o którym pewnie w praktyce niewiele wiedzą nasuwają mi się pewne spostrzeżenia. Pierwsze jest dosyć banalne- Obama jest świetnym mówcą i potrafi skutecznie łgać przed tłumami, które mają to do siebie, że najczęściej nie próbują zrozumieć tego co słyszą. Zamiast myśleć, wyłapują odpowiadające im zwroty i niefrasobliwie przetwarzają we własne sądy na dany temat. Nikt nie zwraca na to, że główni doradcy polityczni senatora z Illinois to Madeleine Albright, Strobe Talbott i Zbigniew Brzeziński. Dwójka prominentów z czasów Billa Clintona i jeden z największych pragmatyków jankeskiej polityki. Jednoczy ich sprzeciw wobec dosyć idealistycznej szkoły dyplomatycznej jaka jest udziałem doktryny neokonserwatywnej. To oni przekonują kandydata Demokratów, że z państwami “osi zła” trzeba negocjować, a nie walczyć, z Chinami się układać, Rosji odpuszczać grzeszki itp. Oczywiście po ewentualnym zwycięstwie Obamy, Stany Zjednoczone nie odwróciły by się do Europy plecami, niemniej ludzie pokroju Brzezińskiego świetnie rozumieją, że ciężar światowej polityki przenosi się z Atlantyku na Pacyfik. Europejczycy powinni pamiętać, że w pewnym momencie ich stary, sędziwy kontynent przestanie być dla Ameryki najważniejszym partnerem. Ewentualne zwycięstwo nowego idola berlińczyków tylko przybliży ten moment.

Oglądając tłumy wiwatujące w stolicy Niemiec na cześć Amerykanina zadałem sobie pytanie czy społeczeństwa na zachodzie Europy nie cierpią przypadkiem na brak polityków z łatką “antyestablishmentowych”. Specjalnie wspomniałem o łatce, ponieważ Barack Obama również jest przedstawicielem klasy politycznej, choć relatywnie niedoświadczonym. Pozostając w cieniu zdołał w bardzo krótkim czasie stworzyć swój wizerunek człowieka spoza “układów” (skąd my to znamy…). Takie państwa jak Włochy, Hiszpania, Francja czy Niemcy również posiadają długie tradycje demokratyczne, a mimo to od wielu lat panuje w nich to co mieszkańcy Italii określają mianem palazzo. Chodzi o osadzoną w parlamencie klasę polityczną, która jest najczęściej określona przez ramy wiekowe (np.1-2 pokolenia). Oczywiście są to lepiej lub gorzej działające republiki, niemniej brakuje im kogoś, kto wydawał by się być nowy i świeży. Bo czym się różnią socjaliści pokroju Laurenta Fabiusa od prawicy Jean-Pierre Raffarina? David Cameron od Gordona Browna? Edmund Stoiber od Kurta Becka? Dla przeciętnego wyborcy tylko etykietką, ponieważ wyglądają na takich samych urzędników, co więcej nie starają się tego specjalnie zmienić. W tym momencie można wspomnieć o dwóch osobowościach, które mogą się jawić wyjątkami. Pierwsza to Segolene Royal, niedawna poważna rywalka Sarkozy’ego w wyborach prezydenckich. Oczywiście, jest to pierwsza kobieta, która mogła zamieszkać w Pałacu Elizejskim. Nie zmienia to faktu, że sama była przez dłuższy czas członkiem partyjnego aparatu, będąc z nim związana nawet… uczuciowo (w końcu jest partnerką samego przywódcy socjalistów). Inny przykład jest dużo trudniejszy do zbicia, właściwie jest to chyba prawdziwy wyjątek. Chodzi Jose Zapatero, postać o tyle nieciekawą, co bardzo skuteczną. Otóż jest to człowiek, który w epoce potężnego PRu nie stawia na prezencję, czy populizm, tylko nakręca ogólnokrajowy konflikt kulturowy i społeczny. Również on jest dzieckiem aparatu partyjnego, niemniej jest to ktoś kto niesie za sobą realne zmiany, abstrahując od tego czy są one negatywne czy pozytywne. Nie chciałbym pisać, że państwa zachodniej Europy potrzebują własnych Obamów, bo nie uważam tego sukcesu Amerykanina za pozytywne zjawisko. Pragnę tylko zauważyć, że palazzo nigdy nie jest wieczne. Dzisiaj rozważamy kto będzie w przyszłości nami rządził, obserwując ludzi cierpliwie budujących swoje pozycje w partiach, niemniej nie chcemy myśleć, że nagle pojawi się ktoś zupełnie nowy, lub nie brany wcześniej pod uwagę. Jeśli będzie źle ułożony z mediami to pewnie z dnia na dzień zostanie sklasyfikowany jako populista i demagog. Jest jednak cień szansy, iż spodoba się w redakcjach i na wiecach. I to właśnie będzie nowy Obama.

Zdać test na europejskość

Czytając komentarze niektórych analityków można odnieść wrażenie, że społeczeństwo irlandzkie zostało dotknięte jakąś ciężką chorobą psychiczna. Uścislając, chodzi o nieco ponad połowę głosujących w referendum decydującym o przyjęciu Traktatu Lizbońskiego. Został on odrzucony, zaś w całej oświeconej Europie zawrzało. Oprócz lamentów nad utraconą szansą na zjednoczenie, od razu pojawiły się prawdziwie demokratyczne propozycje powtórzenia głosowania, a także próby jakichś psychosocjologicznych analiz, które miały tłumaczyć czemu Irlandczycy sprawili niespodziankę. Nie można też zapominać o nie stawianych wprost, ale widocznych zarzutach w stylu: “sami zyskali na Unii, a teraz zahamowują jej rozwój”. W końcu, wiele politycznych osobistości mężnie podniosło głowy wobec tego upokorzenia i rzekło, iż trzeba kontynuować proces ratyfikacji. Trudno im było zauważyć, że śmiesznie będzie wyglądać ratyfikowanie dokumentu, który miał zjednoczyć Europę, a nawet nie będzie mógł być wprowadzony w życie.

Europejscy dygnitarze powinni byli wcześniej pomyśleć jak uniemożliwić w krajach członkowskich organizowanie referendów. Prawdziwe brawa należą się prezydentowi Sarkozy’emu, który pamiętając jakie faux pas sprawili Francuzi głosując nad Konstytucją dla Europy w 2005 roku, ubezpieczył się i powierzył decyzję o Traktacie Lizbońskim parlamentowi. Jest to jeden z tych historycznych momentów, kiedy w jednym szeregu z francuskim przywódcą można postawić Lecha Kaczyńskiego, który również wykazał się sprytem i zastosował podobny pomysł. Zresztą tylko Irlandia okazała się na tyle głupia, żeby dać obywatelom możliwość wypowiedzenia się na temat takiej błahostki jak ustawa zasadnicza. Trudno się nie zgodzić przecież, że ustanowiony w Lizbonie tekst to tylko lekko poprawiona wersja wspomnianej już Eurokonstytucji. Jestem pewien, że jeszcze przed “irlandzką klęską” wielu politykom w Brukseli przemknęło przez myśl, że gdyby na całym kontynencie zorganizować normalne głosowania, okazałoby się, że nie tylko Zielona Wyspa nie “dorosła” do ścisłej integracji z innymi krajami. Rozumiem, że polityka to gra ludzi obłudnych, ale naprawdę śmiesznie wyglądają ubrani w garnitury, siwiejący panowie, którzy modlą się do demokracji, żeby następnego dnia odebrać obywatelom prawo wyboru w elementarnych dla nich kwestiach.

Chyba już kiedyś stwierdziłem na tym blogu, że dalsza integracja Europy jest nieunikniona i wbrew pozorom to jedyne wyjście, aby zachować tożsamość narodową i własną kulturę. Zjednoczona politycznie Europa na pewno będzie skuteczniej bronić interesów swoich członków, niż owi w pojedynkę. Jest to temat na osobną dyskusję. Dlatego, choć na mojej twarzy pojawia się złośliwy uśmiech gdy czytam o płaczu europejskich polityków, którym nie udało się wykiwać Irlandczyków i wepchnąć im konstytucji w lekkostrawnej formie, nie jestem szczęśliwy z wyniku referendum. Wydaje mi się, że jest owo odrzucenie dosyć ważną nauką dla twórców kontynentalnego porządku. Powinni oni zrozumieć, że trudno jest wprowadzać dokumenty wagi ustawy zasadniczej, bez uprzedniego zbudowania ścisłych więzów między społeczeństwami. Żeby to ładnie ująć- mieszkaniec zjednoczonej Europy musi najpierw się przedstawiać jako Europejczyk, a dopiero potem jako Polak, Francuz czy Hiszpan.

P.S.Dwumiesięczna przerwa to wynik zajęcia się sprawami okołoszkolnymi i wakacyjnymi. Obecnie pozostała mi tylko rekrutacja na studia, więc myślę, że zacznę pisywać częściej.

Nieuchronna Karta Praw Powtórzonych

Bywają w polityce takie problemy, które w gruncie rzeczy nie są bardzo ważne, ale z racji odpowiedniego nagłośnienia medialnego bądź presji widocznych środowisk, muszą być rozważone. Jednym z nich zdaje się być Karta Praw Podstawowych. Europa nagle zapomniała o Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, więc postanowiła sobie stworzyć własny dokument o wzniosłych wartościach. Nie ma w tym nic złego. Skoro mamy się jednoczyć i unifikować, “ciemnemu ludowi” przyda się jakiś święty papier, coś pokroju “europejskiego dekalogu”. Unia musi wreszcie zacząć tworzyć wizerunek organizacji, która jest czymś więcej niż ścisłym związkiem gospodarczym. Jasne, istnieje masa pożytecznych programów edukacyjnych, kulturalnych itp, ale same, nawet najpiękniejsze fakty nie tworzą spoecznego odbioru. Dzisiaj, kiedy moloch ma już odpowiednią rozbuchaną biurokrację i miażdży w publicznym dyskursie partykularyzmy narodowe oraz religie, propozycje wspólnej konstytucji/traktatu/karty nie powinny nikogo dziwić, czy rozwścieczać. Takie rzeczy są nieuchronne.

W Karcie faktycznie jest kilka skandalicznych, choć pragmatycznych (a może populistycznych?) paragrafów o “zabezpieczeniu socjalnym i pomocy społecznej”. Godzi to w mój libertariański system wartości, ale opiekuńczość państwa w tej części świata i tak już jest od dawna świętością. Zresztą nie to jest przedmiotem protestów PiSu i innych przeciwników nowego dokumentu. Mniej lub bardziej dają oni do zrozumienia, że chodzi o karę śmierci, brak konkretów w sprawie aborcji itp., czyli sprawy przegrane, o które partie o zabarwieniu prawicowym nadal lubią walczyć. Zabawne, ale niedostatek precyzji w paragrafach jest właśnie wynikiem nawoływań konserwatystów. Nie oszukujmy się, Unia jest instytucją została założona przez mitycznych, pierwszych chadeków dla ich “wyzwolonych” przez koniec lat sześćdziesiątych dzieci. Mieni się mianem elastycznej i tolerancyjnej, ale nie potrafi uznać takich ludzi jak Rocco Buttiglione. Jeśli chce się stać poważnym projektem politycznym, powinna dać sobie spokój ze śmiesznymi, nieskutecznymi konsensusami i twardo postawić się sceptykom. Tych ostatnich przecież z roku na rok ubywa. Bez względu na to czy Europa ma akurat odchył na pseudoprawicę czy pseudolewicę, Holendrzy czy Francuzi to jednak społeczeństwa liberalne. Kiedy owe dwa narody odrzucały Konstytucję w referendach, odniosłem wrażenie, że UE ma problem z własnym, zbyt miękkim wizerunkiem. Narzucenie Karty Praw Podstawowych, która bezpośrednio wpływa na ustawy zasadnicze państw członkowskich wzmocniłoby Unię jako konfederację dążącą w dłuższej perspektywie do zjednoczenia.

Niegdyś Vaclav Klaus wypowiedział zdanie, które zrobiło na mnie wielkie wrażenie: “Nie jesteśmy eurosceptykami, po prostu nie chcemy być euronaiwni”. O ile czeskiemu mężowi stanu (za takiego prezydenta Pepików uważam) chodziło raczej o twarde stanowisko wobec różnych śmiechu wartych, unijnych propozycji, o tyle ja to rozumiem wprost jako pochwałę pragmatyzmu. Odnoszę wrażenie, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat, promując wejście do UE, polskie elity zapomniały o tym, że uczestnictwo w takiej organizacji to nie tylko wygodny fotel europosła, uśmiechnięte buzie kolegów z Zachodu i podarki w postaci dopłat. Chodząc na Paradę Schumana, nie chciały sobie zdawać sprawę z tego, że nie ma nic za darmo i każdy sojusz jest jakimś wyrzeczeniem. Jako uczeń, wiem jak skuteczne mity są tworzone w imię “integracji kontynentu”- w Unii wszyscy są równi, zaś Europejczycy będą się kochać wiecznie, chyba, że zabraknie na pensje dla eurobiurokratów. Oczywiście żartuję i przesadzam, ale myślę, że przydałoby się więcej realizmu w stosunkach z Brukselą. Nie w przypadku Karty- ona jest nieuchronna, najwyżej będzie miała inną nazwę. Myślę o różnych dziwacznych pomysłach, które pojawiają się np.w głowach posłów hiszpańskiej Partii Socjalistycznej, aby potem przepoczwarzyć się w jakieś groteskowe uchwały. Oczywiście ci socjaliści to tylko przykład. W każdym razie chodzi o to, że skoro w Unii wszyscy są równi, doprowadźmy do tego, aby Polska (i każdy kraj) miały takie możliwości jak Wielka Brytania. Ta ostatnia w wielu przypadkach wybiera sobie, które brukselskie ustalenia chce przyjąć, a które nie.

Wracając do dokumentu, od którego rozpocząłem mój wywód- szczerze powiedziawszy mało mnie on obchodzi, bo i przy obecnym kształcie UE, mało znaczy. W porównaniu z innymi wielkimi deklaracjami i traktatami, które widziała historia, ten wypada raczej marnie. Może to kwestia tego, że za dużo w nim konsensusu, albo i faktu, iż mnie wyjątkowo znudził. Pewnie dlatego, świetnie pasuje doń nazwa “Karta Praw Powtórzonych”.


Kategorie

Archiwa