Posty otagowane 'Irak'

Najdłuższy festyn 2008 roku cz.2

Stali czytelnicy (tej niewielkiej grupce dziękuję) zapewne zauważyli, że ostatnio rzadko aktualizuję woyke.loga. Cóż, nie da się ukryć, że klasa maturalna absorbuje mnie wielce- nie tyle sama nauka, co regenerowanie sił. Do początku maja powolne tempo aktualizowania będzie niestety utrzymania. Koniec jednak z tymi tłumaczeniami, dzisiaj chcę dalej pociągnąć rozpoczęty już wątek wyborów prezydenckich w USA. Ten temat będzie się przewijał w moich notkach, aż do listopada.

Najpierw obiecany temat “hamerykański prezydent, a sprawa polska”. Z jednej strony jestem zadowolony, ponieważ pewnej znanej i lubianej Gazecie udało się przeprowadzić wywiad z Obamą, ale z drugiej, żaden z pozostałych kandydatów nie raczył się odważnie wypowiedzieć w kwestii sojuszników z Iraku, a i wspomniana rozmowa nie przynosi nam wiele wiadomości, prócz pozytywnej deklaracji w kwestii wizowej, zresztą jak dla mnie niezbyt ważnej. O ile jestem przeciwko dywagowaniu, który kandydat wygląda na najbardziej przyjaznego itp, bo przynajmniej w teorii, każdy ma realizować ojczystą rację stanu, o tyle warto pomyśleć na czyim zwycięstwie Polska może najwięcej zyskać. Łączy się to przede wszystkim ze sprawą wojny z terroryzmem. Szczerze wierzę, że żaden z kandydatów, którzy mają jeszcze szanse na prezydenturę nie wykona żadnych gwałtownych wolt na Bliskim Wschodzie, niemniej warto czekać na kogoś kto ma w miarę stałe poglądy w tej kwestii. Giuliani jest już na wylocie, Huckabee buduje swój wizerunek na byciu “prawdziwym Amerykaninem”, zaś Romney robi wszystko by nie mówić o jego mormoństwie. Oczywiście upraszczam, w każdym razie jedynym człowiekiem, który naprawdę nie boi się mówić o polityce zagranicznej i ma szanse na nominację jest McCain. Czego by nie sądzić o Republikanach, trzeba mieć szacunek dla faceta, który nawet w najcięższych dla niego chwilach kampanii (był moment, w którym notowania senatora z Arizony były gorsze niż obecne Giulianiego) otwarcie był za pozostaniem w Iraku i amnestią dla imigrantów. Jako Republikanin mógł próbować się podlizać tradycyjnej prawicy i zacząć promować koncepcję muru na południowej granicy, zaś będąc ulubieńcem wyborców niezależnych, zacząć krytykować wojnę w Iraku po całości, a jednak wytrwał w swoich poglądach. Im dłużej obserwuję amerykańskie zmagania wyborcze, tym bardziej mi imponuje. Niewątpliwie byłby dobrym partnerem w rozmowach dyplomatycznych, a i nie uciąłby gwałtownie współpracy w kwestiach bezpieczeństwa, słysząc pomruki niezadowolonego ludu. Dzisiaj, gdy dyskutujemy o tarczy antyrakietowej i próbujemy znaleźć nowego militarnego protektora (bo do tego w istocie zmierzamy po 1989 roku, choć oczywiście nie chcą się uzależniać tak jak w czasach PRLu) wydaje mi się to dosyć ważne.

Czymś co mnie urzekło jest poparcie klanu Kennedy dla senatora Obamy. To takie samospełniające się, naiwne, polityczne marzenie niektórych wyborców. Przecież ciemnoskórego polityka od samego początku kreuje się na nowego JFK, polityka, który realnie może nie zrobił wiele, ale był kimś. Jednym z największych produktów marketingu politycznego, ale i człowiekiem o ogromnej charyzmie. Jego kadencja może nie obfitowała w potrzebne reformy, ale chyba dała amerykańskiemu społeczeństwo coś w rodzaju wielkiego kopa, a co najważniejsze spowodował, że Demokraci rządzili jeszcze przez wiele lat. Myślę, że Obama też widzi w sobie kogoś takiego. Oprócz oczywistej żądzy zdobycia władzy, którą kamufluje lepiej niż Hillary Clinton, jego chęć “wielkiej zmiany” może się sprowadzać właśnie do rozpoczęcia nowego okresu w historii USA- oczywiście zdominowanego przez Partię Demokratyczną. Rewanż na GOP za lata Konserwatywnej Rewolucji, to jest coś, czym senator z Illinois mógłby zdobyć serca swojego aparatu partyjnego. Pomimo zwycięstwa w Karolinie Południowej, Obama znajduje się w bardzo trudnej sytuacji. Poparcie Kennedy’ch jest oczywiście cenne, ale chyba jedyną rzeczą, która może uratować szanse na prezydenturę jest przekonanie Edwardsa do poparcia i kandydowania na wiceprezydenta.

Dzisiaj prawybory w stanie Floryda- woyke.log kibicuje oczywiście McCainowi. Za tydzień, kiedy opadną pyły po Super Tuesday (05.02, prawybory w 24 stanach) postaram się skomentować wyniki. Bo prawdopodobnie właśnie dzień po tym wydarzeniu, które bardzo mi się kojarzy z Super Bowl, poznamy prawdopodobnych kandydatów obu partii.

Sami skazujemy się na klęskę

Chyba już przy okazji notki o neokonserwatystach wspomniałem, iż łatwo jest się wyżywać na Bushu dzisiaj. Podobnie jest z Irakiem. Odnoszę wrażenie, że media znowu tworzą wokół wyjścia zeń podobne złudzenie powszechnej zgody, tak jak w 2003 przy okazji dyskusji (a właściwie jej braku) co do brania udziału w interwencji. Od samego początku byłem zwolennikiem zbrojnej walki z Saddamem i pomimo, że operacja okazała się o wiele trudniejsza, niż przypuszczano, nadal wierzę w to, że może się choć częściowo udać. Pomimo, że wszyscy zauważają realną poprawę sytuacji w tym dziwacznym, bliskowschodnim wynalazku Brytyjczyków, nagle znaczna część polskich komentatorów “zrozumiała”, że październik 2008 to dobra data na opuszczenie Camp Babilon. Oczywiście Kaczyńscy narzekają, ale skoro oni mówią, że trzeba jeszcze trochę zostać to już jesteśmy pewni swojego zdania. Trzeba wyjść, a co! Nie będziemy słuchać faszystowskiego bełkotu!

Jestem ostatni do narzekania na polaczkostwo, mówienia “nienawidzę tego kraju/sp*** stąd na Wyspy/wstyd w Europie”, ale postawa Polaków wobec Iraku jest naprawdę godna pożałowania. To jest właśnie “typowo polskie”- uczestniczyć w inwazji na jakiś kraj (może nawet rekompensując sobie brak historycznej pociechy, jak powiadał Stasiuk), a potem przy dobrej prasie, wycofać się. Na dodatek, akurat w momencie, kiedy Irak ruszył w dobrą stronę, zaś jego mieszkańcy zaczęli przejawiać pozytywne formy działalności obywatelskiej (vide milicje pomagające w utrzymywaniu porządku i zwalczaniu terrorystów). Być może interwencja w 2003 roku była błędem, może zamiast misjonarstwa, trzeba było uprawiać realpolitik i współpracować z Husajnem, aby na przykład najechać Iran. Może, ale tak to bywa w demokracji, że społeczeństwo zbiera owoce działań swoich rządów, również tych złych. Trochę wstyd by mi było pracować w gazecie, która lubi się określać jako konserwatywno-liberalna i pisać takie rzeczy. Do tego jeszcze przyjacielskie klepnięcie w plecy Schroedera i Chiraca wydaje mi się już naprawdę śmieszne, a najlepsze jest końcowe porównanie do Pearl Harbour. Czyżby publicysta “Dziennika” jednak zwiastował w dalszej perspektywie zwycięstwo USA?

Nie będę oryginalny, i stwierdzę, że nawet jeśli za rok, w Gabinecie Owalnym zasiądzie członek Partii Demokratycznej, kurs wobec Iraku znacznie się nie zmieni. To może być świetna lekcja dla Polaków. Amerykanie pomimo całej swojej “hamerykańskości” mają nieco więcej doświadczenia w kwestiach obywatelskiej odpowiedzialności. Pomijając zgraje misjonarzy i siwiejących pacyfistów, w znacznej mierze zdają sobie sprawę z tego, że najgłupsze co mogliby teraz zrobić to nagle wycofać się z Bliskiego Wschodu. Pomysłem nie jest również zostawienie kilkudziesięciu instruktorów i doradców, jak sugerują niektórzy. Albo uczestniczymy w odbudowie tego kraju, albo nie. Do tego jeszcze przez dłuższy czas może być przydatne regularne wojsko. No, ale po co nasze wojsko miało odwalać ciężką pracę, skoro możemy się pouśmiechać (polityka uśmiechów, to podstawa!) do Europy i nie przywozić kolejnych trumien z Bagdadu? Łatwiej jest się samemu skazać na klęskę, niż dokończyć podjęte raz wyzwanie.


Kategorie

Archiwa