Posty otagowane 'Kaczyński'

Przerwa na żagle

W dniach 18-26.07 jestem na Mazurach gdzie będę kontemplować świat siedząc na łódce.

Szanownym Czytelnikom polecam pierwszego od dawna newsa, w którym Jarosław Kaczyński pierwszy raz od dłuższego czasu mówi coś naprawdę sensownego. Fakt, wolność słowa dla wszystkich, ale przy Kutzu chyba każdemu normalnemu człowiekowi ręce opadają.

Zdać test na europejskość

Czytając komentarze niektórych analityków można odnieść wrażenie, że społeczeństwo irlandzkie zostało dotknięte jakąś ciężką chorobą psychiczna. Uścislając, chodzi o nieco ponad połowę głosujących w referendum decydującym o przyjęciu Traktatu Lizbońskiego. Został on odrzucony, zaś w całej oświeconej Europie zawrzało. Oprócz lamentów nad utraconą szansą na zjednoczenie, od razu pojawiły się prawdziwie demokratyczne propozycje powtórzenia głosowania, a także próby jakichś psychosocjologicznych analiz, które miały tłumaczyć czemu Irlandczycy sprawili niespodziankę. Nie można też zapominać o nie stawianych wprost, ale widocznych zarzutach w stylu: “sami zyskali na Unii, a teraz zahamowują jej rozwój”. W końcu, wiele politycznych osobistości mężnie podniosło głowy wobec tego upokorzenia i rzekło, iż trzeba kontynuować proces ratyfikacji. Trudno im było zauważyć, że śmiesznie będzie wyglądać ratyfikowanie dokumentu, który miał zjednoczyć Europę, a nawet nie będzie mógł być wprowadzony w życie.

Europejscy dygnitarze powinni byli wcześniej pomyśleć jak uniemożliwić w krajach członkowskich organizowanie referendów. Prawdziwe brawa należą się prezydentowi Sarkozy’emu, który pamiętając jakie faux pas sprawili Francuzi głosując nad Konstytucją dla Europy w 2005 roku, ubezpieczył się i powierzył decyzję o Traktacie Lizbońskim parlamentowi. Jest to jeden z tych historycznych momentów, kiedy w jednym szeregu z francuskim przywódcą można postawić Lecha Kaczyńskiego, który również wykazał się sprytem i zastosował podobny pomysł. Zresztą tylko Irlandia okazała się na tyle głupia, żeby dać obywatelom możliwość wypowiedzenia się na temat takiej błahostki jak ustawa zasadnicza. Trudno się nie zgodzić przecież, że ustanowiony w Lizbonie tekst to tylko lekko poprawiona wersja wspomnianej już Eurokonstytucji. Jestem pewien, że jeszcze przed “irlandzką klęską” wielu politykom w Brukseli przemknęło przez myśl, że gdyby na całym kontynencie zorganizować normalne głosowania, okazałoby się, że nie tylko Zielona Wyspa nie “dorosła” do ścisłej integracji z innymi krajami. Rozumiem, że polityka to gra ludzi obłudnych, ale naprawdę śmiesznie wyglądają ubrani w garnitury, siwiejący panowie, którzy modlą się do demokracji, żeby następnego dnia odebrać obywatelom prawo wyboru w elementarnych dla nich kwestiach.

Chyba już kiedyś stwierdziłem na tym blogu, że dalsza integracja Europy jest nieunikniona i wbrew pozorom to jedyne wyjście, aby zachować tożsamość narodową i własną kulturę. Zjednoczona politycznie Europa na pewno będzie skuteczniej bronić interesów swoich członków, niż owi w pojedynkę. Jest to temat na osobną dyskusję. Dlatego, choć na mojej twarzy pojawia się złośliwy uśmiech gdy czytam o płaczu europejskich polityków, którym nie udało się wykiwać Irlandczyków i wepchnąć im konstytucji w lekkostrawnej formie, nie jestem szczęśliwy z wyniku referendum. Wydaje mi się, że jest owo odrzucenie dosyć ważną nauką dla twórców kontynentalnego porządku. Powinni oni zrozumieć, że trudno jest wprowadzać dokumenty wagi ustawy zasadniczej, bez uprzedniego zbudowania ścisłych więzów między społeczeństwami. Żeby to ładnie ująć- mieszkaniec zjednoczonej Europy musi najpierw się przedstawiać jako Europejczyk, a dopiero potem jako Polak, Francuz czy Hiszpan.

P.S.Dwumiesięczna przerwa to wynik zajęcia się sprawami okołoszkolnymi i wakacyjnymi. Obecnie pozostała mi tylko rekrutacja na studia, więc myślę, że zacznę pisywać częściej.

Po debacie

Skończyło się! Telewizje zarobiły godne pieniądze za to show, publiczność się poemocjonawała, zaś politycy zyskali… niewiele. Rozpatrując sprawę teraz, “na trzeźwo” dochodzę do wniosku, że znaczna większość ludzi jeszcze przed wydarzeniem, miała już, paradoksalnie, wyrobioną opinię kto jest zwycięzcą. Oczywiście chodzi o osobistego faworyta. Nikt nie wygrał jednoznacznie. Przegrana jest za to sama idea.

Poglądy wyrażone przez dwójkę dzisiejszych bohaterów nikogo nie zaskoczyły. Gdybym miał całą debatę streścić w paru słowach, powiedziałbym: wymiana niekonkretnych argumentów (często naciąganych, bądź banalnych, szczególnie u Kwaśniewskiego) plus skandalicznie stronnicza Monika Olejnik i nieeleganckie zachowanie byłego prezydenta. Bardzo mnie zirytowały sztywne ramy czasowe, które sprawiły, iż wypowiedzi dyskutantów brzmiały według schematu:

stosunkowo długa apologia własnych dokonań > stosunkowo krótka krytyka działań przeciwnika > poprzedzona gongiem i uwagą prowadzącego o kończącym się czasie, błyskawiczna wiązanka niezbyt rozsądnych słów

Rozumiem, że w Stanach Zjednoczonych, technikę dostosowywania się do absurdalnie krótkiego czasu doprowadzono zapewne do minimum, ale telewizyjni realizatorzy i sztabowcy, którzy ustalali przebieg całości, powinni być choć odrobinę wyrozumiali dla naszych polityków. Litości, przecież te gongi przywoływały atmosferę walki bokserskiej (jest ona zresztą przenośnią, która trafnie określa całą debatę), bądź polsatowskiego teleturnieju.

Trochę się zawiodłem na tym postpolitycznym spektaklu. Nie zdoła on nikogo przekonać, choćby do refleksji nad tym czy podjęta już decyzja o wyborze partii jest na pewno słuszna, a raczej umocni fanatyków obu stron. Bo i mnie ta dyskusja nie ruszyła, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że Kwaśniewski jest wyższy i ma lepszą opaleniznę, a także wiem, że jeśli mam wybierać to bliżej mi do pryzmatu, przez jaki na politykę patrzy Kaczyński. I tak, pomimo licznych błędów obecnej grupy rządzącej, nie przekonam się do człowieka, który ułaskawia mordercę, a przy okazji bankiera własnej frakcji politycznej. Nie polubię “przywódcy europejskiego formatu”, który nie wie, że przed wizytą w miejscu masowej rzezi raczej nie pije się więcej niż kieliszek na rozgrzanie. A kto się lepiej zna na tym co robi, okaże się już dwudziestego pierwszego października.

Przed debatą

Za pół godziny rozpoczyna się bezpośrednie, medialne starcie III RP kontra IV, a ja nadal nie wiem na kogo postawić. Nie, żebym był jakoś specjalnie zdeterminowany do postawienia na Kaczyńskiego, czy Kwaśniewskiego, po prostu chciałbym umieć coś przewidzieć. A nie umiem. Mam cichą nadzieję, że gwiazda byłego prezydenta wreszcie zgaśnie. To sadyzm, ale liczę, że ktoś wreszcie upokorzy tą celebrity o słabej głowie. Wstyd mi trochę, bo czuję się jak powiatowy gauleiter PiSu rozmarzając się na temat upadku “Olka”, ale nie będę się z tym krył- liczę, że ten kolejny punkt programu w wyborczych igrzyskach będzie znaczący.

To zabawne, ale ta debata może zarówno wiele zmienić, jak i być nic nie znaczącą kopią nudnych, amerykańskich dyskusji. Nie łudzę się, że to będzie spokojna i kulturalna wymiana merytorycznych argumentów (takie rozmowy są w ogóle puszczane w telewizji?). Mama dzisiaj rzekła, że “Kwaśniewski musi zachować zimną krew i spokój”. Tak, to prawda, bo przecież umiarkowanie i centryzm są główną linią ataku aktualnej opozycji. Jeśli Kaczyński się przestraszy i nie zaprezentuje się jako stanowczy, silny, ba, nawet agresywny przywódca, przegra. O ile staram się studzić nastroje ludzi, którzy przewidują, że nadchodzą decydujące czasy dla historii Polski, o tyle muszę przyznać, że dzisiaj w telewizji spotykają się dwaj najważniejsi i najbardziej wpływowi politycy po 1989 roku. Wyraźne zwycięstwo którejś ze stron sprawi, iż ta debata zostanie zapamiętana, zaś przewidywany przez większość dziennikarzy “remis ze wskazaniem” pozbawi to wydarzenie, czegoś co sprawia, że warto o nim zapamiętać.

Tymczasem Donald Tusk chyba się czegoś napił z żalu, że nie zajmie dzisiaj dobrego czasu antenowego.

Dyskretny urok licealnych zagrywek

Ostatni prztyczek wymierzony przez premiera Donaldowi Tuskowi wywołał we mnie pewną wesołość. Z jednej strony jest to strategicznie świetna wypowiedź, zaś z drugiej budzi we mnie skojarzenia ze śmieszno-głupimi docinkami, jakie codziennie rzucamy sobie ze znajomymi w liceum. W szkole szybko się zapomina o takich rzeczach, ale to jest polityka. Niby wyborcy też mają krótką pamięć, choć wypowiedzi takie jak dzisiejsza, mogą dać początek pewnemu memowi, który będzie się pałętał gdzieś w ich podświadomości. Pomimo oczywistej przewagi PO nad LiDem, już dziś Kwaśniewski jest kojarzony dużo lepiej i szerzej, niż Tusk. Bo kogo byście wskazali jako najmocniejszego lidera szeroko pojętej opozycji?

Jak zwykle, riposta PO była słaba i przeznaczona chyba dla własnych działaczy, a nie “ludu”. Pomimo wysokich słupków w sondażach, “bombowych transferów” i rozbudzonego emocjonalnie Bronisława Komorowskiego, Platforma zaczyna się gubić. Mało efektowna kampania wyborcza to jeszcze nic- przyczyn szybko nadchodzącego kryzysu upatruję w czymś innym. Partia Tuska niepostrzeżenie stała się tym, co z takim zacięciem krytykowała w mediach. Ugrupowaniem “wodzowskim”. Kiedy Rokita już się “złamał”, władza jest już całkowicie w rękach ludzi pokroju Schetyny, czyli zaufanych niedoszłego prezydenta. Nie ma działaczy, którzy mają na tyle wielkie poparcie struktur, aby publicznie kontestować przymilanie się przewodniczącego Donalda do lewicy. Kolejna analogia do PiSu to przyjęcie modelu kampanii negatywnej. Niby są jakieś billboardy z sielankowymi hasłami, ale jest też świeży spot, w którym grają aktorzy wcześniej opłacani przez Michała Kamińskiego. A z tego co widzę, aktualnie, media emocjonują się reklamówkami, a więc na tym też skupiają się ludzie. Co jeszcze, “pełna porządnych kadr” Platforma zrobiła a la Kaczory? Wschodzącą gwiazdką partii rządzącej jest niejaki Tomasz Dudziński, młody poseł, który prezentuje pisowskie spoty i coraz częściej pojawia się w telewizji. Jest już kojarzony jako “ten od reklamy”, drugi po Kamińskim i Adamie Bielanie. PO ma za to Sławomira Nowaka. Nie muszę mówić za co jest odpowiedzialny, prawda? Jego skuteczność możecie ocenić porównując kampanie wyborcze obu partii.

Dyskretny urok tej licealnej, trochę nieeleganckiej zagrywki premiera widzę we fragmencie mówiącym o tym, że w ciągu ostatnich osiemnastu lat, to były prezydent był ważniejszą postacią. Prowadzi do wniosku, iż debata, na którą oba komitety wyborcze są już “umówione”, będzie starciem dwóch wielkich obozów światopoglądowych, prostacko mówiąc- III RP versus IV RP. Co z tego, że określenie “IV RP” wymyślił Paweł Śpiewak, obecnie senator poseł PO? Walka toczy się pomiędzy twardymi graczami- postkomuną i przyjaciółmi, oraz Kaczyńskimi i ich żołnierzami. Nie ma pomiędzy nimi miejsca dla miękkiej, bezpłciowej Platformy. Tusk, może być najwyżej symbolem ułomnego liberalizmu pokroju KLD, który jest nawet nie tyle źle kojarzony, co po prostu zapomniany. Strącenie go do drugiej ligi, albo przynajmniej znaczące osłabienie jest zarówno w interesie PiS, jak i lewicy, która w ewentualnym POLiDzie mogłaby mieć więcej do powiedzenia.


Kategorie

Archiwa