Posty otagowane 'lewica'

Koniec centrolewicy

Proszę Państwa, 29 marca 2008 roku skończył się w Polsce “historyczny kompromis”. Podobnież w Partii Demokratycznej już od czasu ostatnich wyborów mówiło się o zerwaniu koalicji (Bronisław Geremek robił to nawet otwarcie). W SLD podobnie. Nic dziwnego- ten związek nie miał szans na przetrwanie.

Idea LiDu była skażona już u podstaw. Po pierwsze, gdy się krystalizowała, większość jego elektoratu była już skuszona przez PO (a może przez zagrożenie “kaczystowskim faszyzmem”?). Ewentualną grupą docelową mogli być młodzi ludzie, którzy jednak słusznie przeczuli, że można Kaczyńskich skutecznie utłuc poprzez głos na PO. Po drugie, tradycyjni wyborcy SLD, których jeszcze do niedawna nazywano “betonem” nagle spojrzeli przychylniejszym okiem na PiS. Pozornie było to nie do pomyślenia, ale zbratanie się ze środowiskiem, któremu niegdyś przewodził złowieszczy Balcerowicz, faktycznie musiało być szokiem dla ludzi tęskniących za PRLem. Nagle w SLD zaczęło być coraz mniej miejsca na kwestie bezpieczeństwa socjalnego, za to o wiele więcej na prawa mniejszości, Unię Europejską i liberalizowanie obyczajów. Po trzecie, podobnej natury wątpliwości pojawiły się wśród wyborców Partii Demokratycznej- ugrupowania, które pomimo tradycji negocjowania z postkomunistami, było jednak uważane za antylewicowe. O ile członkowie dawnej Unii Wolności przetrzymali jeszcze stworzenie PO, oczywistego wroga na własnym podwórku, o tyle sojusz z partią Millera, Janika, Kalisza był dla wielu nie do pomyślenia. Po czwarte, opór w partii Olejniczaka był oczywisty. Ledwo co zaakceptowano młodego, niechętnego “baronom” przywódcę, a już nawiązano współpracę z ludźmi, którzy doprowadzili do upadku PRL. Na dodatek układ był naprawdę dziwny, ponieważ w teorii to SLD było największą partią, która praktycznie miała rządzić i dzielić, zaś okazało się, że Demokraci, którzy mieli stanowić uwiarygadniającą w oczach inteligencji “przystawkę” zaczęli się rozpychać. Po piąte i ostatnie, do szewskiej pasji musiało doprowadzać działaczy Sojuszu, że niedawny rozłamowiec Marek Borowski, staje się prawdziwym liderem nowej koalicji.

Trochę mnie boli sytuacja Demokratów, ponieważ jest to środowisko, które przez długi czas wierzyłem, jako najrozsądniejsze wśród wszystkich w III RP. Potem przyszło pewne otrzeźwienie, zacząłem lepiej rozumieć czym jest polityka, a także nieco zmienił się mój światopogląd, jednak nadal odczuwam pewien sentyment. Żal mi, że przed PD stoi teraz przed iście potwornym wyborem- albo będzie przedłużać swoją agonię i próbować działać samodzielnie, albo przyspieszy swoją śmierć i poprosi Platformę o miejsce na jej listach wyborczych. Ta ostatnia możliwość była już proponowana przez platformersów przy okazji wyborów w 2005 roku. Pańskie zachowanie tychże było głównym powodem, dla którego Janusz Onyszkiewicz z podopiecznymi odwrócili głowę od podobnej ideowo kliki, i zwrócili się ku lewicy. PD układające się na powrót z PO (bądźmy szczerze, w praktyce pewnie będzie to błaganie) oznacza powolne wchłonięcie przez rządzącą partię i cichy chichot Donalda Tuska. Oto ludzie, którzy kiedyś go odrzucili jako przywódcę, tym razem sami garną się pod jego władcze ramiona. W Polsce nie ma dzisiaj miejsca na partię, która chciałaby być ekskluzywna i inteligencka. Najnowsza historii naszego kraju pokazuje to coraz dobitniej, i zapewne w trakcie następnych wyborów ludzie pokroju Geremka, Onyszkiewicza czy Lityńskiego zostaną wyrzuceni na polityczny śmietnik. A szkoda, bo przecież pomimo poglądów, nikt nie może im odmówić doświadczenia i pewnych zasług. Może ratunkiem byłoby przekształcenie się w opiniotwórczy think-tank? To temat na osobną notkę.

W przypadku SLD, frapujące jest to, że Olejniczak podjął decyzję pod wpływem rozmowy z “nadzieją lewicy” Sławomirem Sierakowskim. Obiło mi się swego czasu o uszy, że były minister rolnictwa zawzięcie kolportował wśród swoich partyjnych kolegów “czerwoną książeczkę” Krytyki Politycznej, ale nie przypuszczałem, aby wpływ redaktora naczelnego tego skądinąd ciekawego pisma był aż tak wielki. Osobiście sądzę, iż decyzja lidera SLD była podyktowana rosnącą presją wewnątrz partii. Mimo to, warto mieć na uwadze, że butność REDakcji (nazwanie redakcyjnego bloga “Zanim zwyciężymy” bardzo mi się spodobało) w końcu przerodzi się w konkretne polityczne działania. Taką mam nadzieję, bo bez ostrej lewicy nie ma dobrej zabawy w demokrację. Parę notek wcześniej już nad tym myślałem, zaś teraz dochodzę do wniosku, że to jeszcze nie ten czas, nawet jeśli Sojusz podporządkuje się pod instrukcje pierwszej szabli rewolucji, towarzysza Sierakowskiego. Nie starczy zdesperowanej części społeczeństwa na PiS i lewicę. Nie da się obdzielić młodymi ludźmi Platformy i SLD. Wreszcie, potencjalny elektorat mniejszości seksualnych, feministek, bojącej się o pozycję społeczną klasy średniej i rozjuszonych ideologicznie studentów to kwestia dobrych kilkunastu lat.

Koniec centrolewicy świetnie pokazuje, że Polacy trawią wtłaczania im do głów wzorców żywcem przeniesionych z Zachodu. Fakt, iż żyjemy w kraju do szpiku konserwatywnym w jakiś sposób przełożył się na to, że nasze centrum jest prawicowe i patrząc na sondaże poparcia dla obecnego reżimu, jeszcze długo takie pozostanie.

P.S. W “Rzeczypospolitej” Marian Filar już deklaruje, że będzie musiał “zapukać do PO z pytaniem czy zechcą go przyjąć”.

Łagowski, odmienianie lewicy i brak pomysłu na Polskę

Na stronach portalu gazeta.pl znalazłem ostatnio wywiad z Bronisławem Łagowskim. Jest to postać bardzo ciekawa, którą warto zapamiętać nie tylko ze względu na długą obecność w PZPR. Ale dzisiaj nie o nim samym, tylko o rodzimej lewicy, której problemy tak świetnie diagnozuje profesor. Do jego rozmyślań, pozwolę sobie dołożyć parę własnych.

Łagowski zdaje się być uprzedzony do aktualnego wizerunku LiDu i samej idei sojuszu z liberałami. Nic dziwnego, w końcu podobnie jak Urban (oczywiście redaktor naczelny “NIE” to postać nieco innego formatu) ma on sentyment do późnopeerelowskich “technokratów”. Odnoszę wrażenie, że to jeden z tych ludzi, którzy wierzyli, że nawet siadanie przy okrągłym stole było poważnym błędem i pofolgowaniem “solidaruchom”. Do dziś gorzko tego żałują, ponieważ utworzona na prędce opozycyjna elita szybko wyrugowała ze stołków partyjnych wyjadaczy. Szybko dał znać o sobie brak doświadczenia i politycznej ogłady- to właśnie one w dużej mierze sprawiły, że młoda III RP popełniała tyle błędów. Jeśli ktoś trzeźwo obserwował najnowszą historię Polski i nie przyjął PiSowskiego punktu widzenia, zdoła zauważyć, że Geremek, Onyszkiewicz i liberalna część “Solidarności”, wcale nie kochali partyjnych aparatczyków. Owszem, często się z nimi stykali, ale ich formalny sojusz z SLD nie wynika wcale z sympatii do “moskiewskich agentów”. Jest to taktyczne porozumienie z ludźmi pokroju Kwaśniewskiego czy Dubaniowskiego, którzy w innym świecie byliby zapewne wyluzowanymi, “giddensowskimi” socjalistami.

Problem leży w tym, że nie żyjemy w innym świecie, w którym na przykład Warszawę w 1944 roku wyzwolili Amerykanie, zaś przez ostatnie kilkadziesiąt lat budowano modelową demokrację, gdzie partie istnieją dłużej niż kadencję i mają chlubne tradycje. Żyjemy w rzeczywistości, w której były prezydent jest umoczony w niejedną aferę, zaś nawet najgłupsi wyborcy wiedzą, że jeden Olejniczak wiosny nie czyni i niektórzy w SLD nadal tęsknią za Millerem. Nawet biorąc pod uwagę, że w tym momencie Polska wkracza na harmonijną drogę rozwoju i radykałowie będą się zmiękczać, zaś partie polityczne będą się stawać coraz bardziej centrowe, LiD jest pomysłem, który będzie skuteczny za 10-15 lat.

Tak twierdzę, ponieważ z tego co widzę, a patrzę przez pryzmat przeciętnego mieszkańca wielkiego miasta, LiD chce być partią liberalną. No, może z jakimś przebojowym, socjalistycznym dodatkiem, ale bez przesady- zgodnie ze znaną w politycznie poprawnej Europie zasadą, że radykalizm jest nieelegancki. To zresztą ciekawy przypadek, że Partia Demokratyczna, która miała być intelektualnym “kwiatkiem do kożucha”, po cichu nadaje linię ideologiczną całej koalicji. W każdym razie mówiłem coś o liberalizmie i chyba muszę się nieco kontrolować, bo jak ma mówić o wolnym rynku partia, która nie określiła się wobec swojej, bardzo czerwonej przeszłości? Wielu wyborców nadal uznaje proste równanie “PZPR=SDRp=SLD”, do którego jeszcze można opcjonalnie dopisać “=LiD”, choć moim zdaniem ten “historyczny kompromis” jest już w jakiś sposób znaczącym odcięciem się od lat PRLu. Jeszcze przed jej zawiązaniem byłbym skłonny uwierzyć, że Sojusz zdoła odebrać PiSowi elektorat socjalny (swoją drogą to chyba on był niegdyś tym “betonowym” dla Millera i spółki, czyż nie?). Dzisiaj widzę tylko jedną drogę- polskie Bad Godesberg. Nagłośnioną medialnie konwencję partyjną, na której Olejniczak twardo by się odciął od dorobku PRLu oraz ostatecznie zaprzestał kokietowania sierot po PRL. Wojnę ze starymi działaczami i tak już rozpoczął, wyrzucając byłego premiera i Marka Dyducha. Kwaśniewski powoli odchodzi do lamusa, a warto pamiętać, że istnieje grupa działaczy, którzy działali w Partii, a wcale nie są kojarzeni jako “komuchy”. Widać tendencję do walki z PO o wyborców z dużych miast, szczególnie tych mitycznych “młodych”, którzy odpowiednio połechtani i lekko zmanipulowani potrafią być tak znaczącą siłą. Ich poglądy polityczne dopiero zaczynają się kształtować, ponieważ pójście do urn było jedynie aktem dania po twarzy Kaczyńskim, a nie jakąś jednoznaczną deklaracją, że “młodzież chce mdłej prawicy u władzy”. Myślę, że wielu moich rówieśników czeka na polską lewicę a la Blair, taką która sprawnie zarządzając państwem stwarzałaby przynajmniej wrażenie zaangażowanie w kwestie nierówności społecznych itd. Nie jest to projekt nierealny, choć zakłada co najmniej skuteczne pognębienie Platformy w następnych wyborach.

Na koniec wrócę do Łagowskiego, którego wypowiedzi świetnie wpisują się w krytykę III RP, uprawianą przez lewą stronę sceny politycznej. Jest coś w tezie, że “Solidarność” tak naprawdę nie miała żadnego programu dla nowej Polski. Był monetaryzm Balcerowicza, dyplomatyczne zaloty wobec Zachodu, a także nieco nieudolnie prowadzona prywatyzacja, ale trudno zbić argument Urbana, że duża część opozycjonistów nie była przygotowana do rządzenia. Nie mówiąc o prostych związkowcach, duża część inteligencji zdawała się tkwić w nieco archaicznych, często przedwojennych marzeniach i projektach (konserwatyści a la Hall, socjaliści a la Bugaj). Jednym z niewielu ludzi z głową na karku okazał się Adam Michnik, człowiek niewątpliwie mający własną wizję i konsekwentnie ją realizujący. Nie kocham go, ani nie uważam za wcielonego, wszechmocnego szatana, ale niewątpliwie wielki wpływ jaki posiada na nasz kraj i debatę publiczną, wynika właśnie z faktu, iż ma jakiś pomysł na Polskę. Jest on dosyć dziwaczny, czasem ojkofobiczny, zaś niekiedy trochę absurdalny, ale jest. Można go określić ogólnikowo jako “tolerancyjny”, “nowoczesny” itp. Każdy kto styka się co jakiś czas z mediami Agory rozumie mniej więcej o co chodzi. W prawdziwie demokratycznych krajach wizji państwa jest zawsze więcej, dlatego Polacy w 2005 roku zachłysnęli się, w gruncie rzeczy bardzo prymitywną i niedokończoną ideą IV RP. To komunał, ale z jednej strony Kaczyńscy stworzyli sobie całkiem pokaźną grupę wielbicieli, zaś z drugiej jeszcze większą wielomilionową grupę wrogów. Gniew tych ostatnich jest szansą dla dużej formacji liberalnej, która wiedziałaby, że przed kamerą trzeba być Unią Wolności, a w zakulisowych walkach politycznych Prawem i Sprawiedliwością. Myślę, że Olejniczak o tym wie, i nie bez powodu uciął rozmowy o koalicji z Platformą. Przy odrobinie rozsądnego działania, słupki sondażowe PO będą spadać proporcjonalnie do wzrostu notowań LiDu. Mając wizję Polski, konkretniejszą niż obecna (zawierająca się w słowach “powrót do tradycji III RP, Europa, nowoczesność”), Lewica i Demokraci mogą stworzyć podwaliny solidnej, postpolitycznej i nowoczesnej centrolewicy.

Lewicowy bakcyl

Kto by się spodziewał, że nawet “Fronda” złapie lewicowego bakcyla? Okładka ostatniego numeru, jak zwykle w przypadku tego wiecznie zbuntowanego pisma jest dowcipna i przyjemna estetycznie, ale nie rozczulaniem się ma być ta notka. Po prostu zaobserwowałem kolejny trend w dosyć jałowym dyskursie intelektualnym naszego kraju (a może w porównaniu z zawsze “poprawnym” Zachodem wcale taki nie jest?). Zachwyt niektórych, co oryginalniejszych prawicowców nad Gramscim, Zizkiem, a przede wszystkim nad “lansiarskim” dziełem Alaina Badiou – “Święty Paweł. Korzenie uniwersalizmu” nie jest już wcale taką rzadkością. Widząc najnowszą okładkę periodyku “awangardy polskiego katolicyzmu” mam masę całkiem frapujących skojarzeń- nawrócony Stanisław Brzozowski, przedwojenni PPSowcy i południowoamerykańscy księża spod znaku teologii wyzwolenia.
Lubię takie fikuśne połączenia, więc pomimo że “Fronda” nie reprezentuje ani moich poglądów religijnych, ani politycznych, aktualny numer na pewno zakupię w najbliższym czasie.

Obecnie Polacy raczej nie mają ochoty na lewicę z krwi i kości. Ci, którzy liczą na państwo socjalne przeważnie myślą, że PiS naprawdę kocha pomaganie z kiesy państwowej, ewentualnie oddają się w ramiona jakichś groszowych populistów. Młodsi, którym marzy się polska mutacja New Labour mają swój LiD- co prawda Kwaśniewski w Szczecinie znowu udowodnił, że do Blaira mu trochę brakuje, ale nikt nie jest idealny. Pierwsi chcą trochę pieniędzy od innych podatników i nie przejmują się etykietkami ideologicznymi, zaś drudzy wybierają kierując się względami estetycznymi. Nawet jeśli wybierana partia jest lewicą tylko z nazwy. Grupą socjalistów, którzy zostawili Marksa w domu, po drodze zgubili słuszną dawkę nienawiści do Kościoła i wchodząc do pracy, zdali sobie sprawę z tego, że w kwestiach gospodarczych liberalizm to jednak niegłupi pomysł. Gdzie w takim prymitywnym społeczeństwie miejsce dla Sierakowskiego? Czemu akurat w takich niesprzyjających czasach, gdy sieroty po PRL skokietował raczej PiS, a nie SLD, taki ideowy, “old schoolowy” socjalizm zaczyna błyszczeć?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, choć widzę parę przyczyn. Po pierwsze, faktycznie w kwestii przyswajalności eksportowych hitów zachodnich uniwersytetów i wpływowych klubów dyskusyjnych, można nasz kraj nazwać ulubionym określeniem Aleksandra Kwaśniewskiego. Tak, jesteśmy zaściankiem i to co gorsza zakompleksionym, ponieważ kiedy już dochodzi do nas jakaś modna idea, lubimy się nią zachłysnąć. Przyznaję, że i ja ten grzech popełniłem w przypadku Zizka- błyskotliwego, stawiającego bardzo dobre diagnozy, aczkolwiek przede wszystkim uwodzącego publicznym wizerunkiem filozofa. Wydaje mi się, że po mitycznym dla wielu, ‘68 roku, PRL zupełnie się zamknął na ideologiczną świeżość. O ile wcześniej, przynajmniej dyskurs marksistowski był bujny (oczywiście już będąc znacznie ograniczanym), tak po nagonce antysyjonistycznej i wielkiej emigracji, ludziom pozostała przyziemność. Uniwersytety zostały uciszone, zaś reżim posiłkował się nieciekawymi postaciami pokroju Bendera. Inteligenci albo wyemigrowali (Kołakowski), albo zeszli do podziemia (Michnik, Lipski). Ci z “odchyłem prawicowym” najczęściej już od dawna siedzieli na Zachodzie. Od osiemnastu lat sytuacja w kwestii dostępu do ideologicznych trendów z Zachodu się poprawia, szczególnie ostatnio, dzięki rozwojowi prasy “zaangażowanej” i złamaniu monopolu Gazety Wyborczej w dziedzinie opiniotwórczych dzienników. Dwa lata Kaczyńskich stworzyły również pewien punkt, do którego można się odnosić i na którym bardzo często opiera się przedstawiając zarówno teorie francuskich postmodernistów, jak i amerykańskich neokonserwatystów.

Po drugie, odnoszę wrażenie, iż naszym artystom po latach pokazowego brzydzenia się polityką i twierdzeniem, że są “ponad”. Bardzo mi się podoba, że w Teatrze Rozmaitości wystawiają sztuki Rene Pollescha, Masala Soundsystem śpiewa o IV RP, zaś “Krytyka Polityczna” wydaje książki o kulturze. Nawet te głupawe plakaty Petera Fussa mnie urzekają, choć jego dzieła nie są w moim mniemaniu warta zbyt wiele. Z jednej strony to źle, że artystów zaktywizował dopiero tak kontrowersyjny rząd, jak obecny, zaś z drugiej komentowanie polityki w prozie (polecam “Ostatnią Wieczerzę” Huellego), teatrze, czy nawet literaturze popularnohistorycznej, uważam za jedną z potrzebnych i pozytywnych cech sprawnego społeczeństwa. No i ciekawie jest poczytać, jak niewątpliwy tuz współczesnej poezji rodzimej wypowiada się dla dużej gazety codziennej, jak bardzo podziwia Kaczyńskiego. Chodzi oczywiście o słynny już, wywiad Jarosława Marka Rymkiewicza dla Rzeczypospolitej. Czytając go, przemknęło mi przez myśl, że to przesada, zaś jego poglądy są nieco nadwątlone przez propagandę PiSu. Po chwili skontastowałem, że taka odważna, konkretna deklaracja z ust twórcy, jest w dzisiejszej Polsce rzadkością.

Wreszcie, po trzecie, chyba naprawdę istnieje pomiędzy Odrą a Bugiem, odradzająca się grupa ludzi, którzy chcą prawdziwej lewicy, która nie miotałaby się pomiędzy Kwaśniewskim, a Millerem. Takiej dalekiej od “lewactwa”, twardej wobec Kościoła, dystansującej się od spraw prywatnych jednostki, szczerze wylewającej łzy nad ludźmi dręczonymi przez liberałów i nie wstydzącej się szacunku dla pewnych elementów PRLu. O czymś takim pisał kilkukrotnie, wspomniany już Sierakowski, o tym jest też zapewne najnowsza Fronda. Ta atmosfera przenika też “Obywatela”, który jest pisemkiem bardzo ciekawym, choć nieco staroświeckim. Sentymenty do klasycznego socjalizmu (choć również i do nowoczesnej socjaldemokracji) widzę w co lepszych notkach na blogu Wojciecha Orlińskiego.

Bardzo możliwe, że “boom” na “alternatywną lewicę” jest tylko zwyczajnym “boomem”. Krótkim i niewiele znaczącym, choć mam szczerą nadzieję, że tak nie jest. Polityczne mody to jakaś oznaka tego, że horyzonty intelektualne pewnej części Polaków rozszerzają się, zaś rodzimy dyskurs staje się o wiele bogatszy. Lewicowy bakcyl, którego złapała część intelektualistów (także tych domorosłych), w tym dziwacznym momencie, może wyglądać śmiesznie, ale na pewno nie jest czymś szkodliwym.


Kategorie

Archiwa