„Lód” nie mógł być złą książką. Wszyscy oczekiwali arcydzieła, książkę pisał autor, który ma potencjał aby tworzyć rzeczy ponadprzeciętne, zaś sam blurb budził (przynajmniej we mnie, ale zapewne w każdym historyku-amatorze) jakieś mroczne pożądanie. W grudniu 2007 roku długo zapowiadana powieść trafiła w końcu na półki księgarni. Nabyłem ją niemal od razu po premierze i zmagałem się z ponad tysiącem stron co najmniej miesiąc. Nie oznacza to, że najnowsze dzieło Dukaja jest nudne, o nie. Po prostu książkami wybitnymi należy się rozkoszować.
Rzecz dzieje się w Imperium Rosyjskim roku 1924. Nie wybuchła I Wojna Światowa, ani Rewolucja Październikowa, zaś Europa trwa w starym ładzie nie tknięta przetasowaniami Traktatu Wersalskiego. Skąd ten brak historycznych zawieruch? Przecież świat od połowy XIX wieku nieustannie do nich zmierzał! Otóż w uniwersum Dukaja, normalna historia kończy się w 1908 roku, wraz z Katastrofą Tunguską. To wtedy świat zaczyna pokrywać się zmarźliną (tytułowym Lodem). Klimat znacznie się ochładza, jednak nie to jest najważniejsze. Wraz z Lodem pojawiają się enigmatyczne, tajemnicze istoty- lute, zaś Syberia zaczyna się wzbogacać dzięki eksportowi powstałych przez Katastrofę surowców. Co więcej sam bieg Historji (autor stosuje staroświecką pisownię) wydaje się być zatrzymany.
Centralną postacią jest Benedykt Gierosławski, „zdolny, ale…” student, który w przerwach między oddawaniem się nałogowi hazardu i zapożyczaniem u podejrzanych typków, zgłębia nauki z pogranicza filozofii i matematyki. Poznajemy go w momencie, gdy jest w niezbyt ciekawej sytuacji finansowej i duchowej. Właśnie gdy jest zapożyczony i niezrealizowany w staraniach o kobietę, dopadają go carscy urzędnicy i wyznaczają pewne zadanie… Dalej streszczać nie będę, w każdym razie, uwierzcie mi na słowo, iż całość jest o wiele bardziej oryginalna niż początek.
Na początek muszę się zgodzić ze stwierdzeniem Wojciecha Orlińskiego- Dukaj napisał książkę XIX-wieczną w formie. Począwszy od używanego języka, poprzez brak pośpiechu przy tworzeniu fabuły i wyrafinowaną erudycję, kończąc na okazjonalnym serwowaniu francuskich słówek. Jeśli poboczny bohater ma do opowiedzenia jakąś ciekawą anegdotę, to ją opowie. Jeśli jest gorliwym wyznawcą jakiejś idei, to nie spiesząc się wyciągnie kieliszki oraz wódkę, i zacznie Gierosławskiemu (a także nam) wykładać o tym jakie prawa według niego rządzą światem. Szczególnie w momentach opisujących podróż głównego bohatera Koleją Transsyberyjską, dane jest nam przeczytać wiele epizodów, które pozornie są mało, bądź nawet zupełnie nieważne dla powieści, a jednak patrząc z perspektywy np.połowy lektury, już wiemy, że to właśnie one tworzą niepowtarzalną atmosferę skutej lodem Rosji. Bardzo ważną rolę grają dialogi, które często budują wiarygodny opis danego bohatera- ci którzy już są po lekturze niech sobie przypomną choćby szaleńcze tyrady Ziejcowa w pociągu. To jego dziwaczne poglądy, a nie fakt bycia alkoholika tworzą stereotyp na podstawie którego będziemy go kojarzyć aż do końca. Przypowieści, legendy i rozmowy są jednym z powodów, dla których nie da się i nie warto próbować czytać tej książki jak normalnej, szczególnie, że to właśnie w nich tkwi wartość bardzo ciekawych przemyśleń na temat historii, polityki i Polski, ale o nich potem.
“Lód” może się wydawać archaiczny również w wymowie. Książka przez niemal cały czas stara się udowodnić, iż “zamrożenie” świata w jakiś sposób zatrzymało bieg historii, ponieważ w „normalnych” warunkach ma ona określony bieg, który wraz z odpowiednim nakładem wysiłku i woli da się przewidzieć. W tle przewijają się porównania historii do matematyki i nieustanne próby tworzenia różnych monumentalnych równań. Przy tym Dukaj stosunkowo rzadko wymienia słowo „historiozofia”, jakby ostatecznie skazywało ono naukę o dziejach na pozostanie w sferze humanistycznej. Pomimo wyraźnej fascynacji XIX-wiecznymi historyzmami, wyczuwam jednak w całości wyraźny sprzeciw wobec romantycznej wizji dziejów (a przecież to ona przebijała w teoriach historiozoficznych) i bardziej charakterystyczną dla pozytywizmu fascynację nauką, jako narzędziem zmiany rzeczywistości. Nie chcę zbyt wiele ujawniać z fabuły, ale wraz z jej rozwijaniem się, powyższe jest coraz bardziej widoczne.
Niewątpliwie warto oddać dziełu honory, jako dobrej powieści przygodowej z gatunku fikcji historycznej. Wrażenie zrobiła na mnie szczególnie Rosja znana z Dostojewskiego jako tło dla pościgów, rautów, skrytobójstw i intryg. Istnieją dziwaczne sekty, beznadziejna biedota, a ludzie odnajdują mądrość w wódce. Jest więc domorosły filozof i pijak Ziejcow, ale i ambitny gubernator Szulc. Gdzieś pomiędzy nimi sytuuje się bogate mieszczaństwo, które w przeważającej większości tworzą Polacy, potomkowie zesłańców. O ile Orliński z właściwą sobie wielką radością, jeśli chodzi o polskie mity narodowe, pisze, że Dukaj obala legendę polskiego zesłańca (co jest prawdą, ale nie tak ważną), ja zwróciłbym uwagę na co innego. Otóż, zamieszkujący stołeczny Irkuck polscy burżuje nie są zdegenerowaną warstwą, która w związku ze wzbogaceniem się jest za utrzymaniem obecnego porządku. Nie, oni po prostu przedstawiają zupełnie inną drogę do niepodległości, która wiedzie przez inne drogi, niż te wyznaczone przez Piłsudskiego. Ten ostatni też jest zresztą obecny, jako współpracujący z Japończykami (oczywiście trwa rozpoczęta w 1904 rywalizacja) dowódca partyzantki. „Dziadek” nadal wierzy z zbrojną drogę walki z okupantem, co kontrastuje ze wspomnianymi mieszczanami, do których zdecydowanie bardziej pasują koncepcje pracy u podstaw i dogadywania się z Petersburgiem. Pomimo, że historia nie toczy się „tak jak powinna” i nie jest mielona przez młyn Postępu, Polacy nadal próbują stawić jej czoło.
Kłębią mi się w głowie kolejne impresje, a jednak zdecydowałem się na zwykłą recenzję, choć nie jest ona w tym przypadku sycąca. „Lód” to rzecz na większy esej, w którym bez obawy przed ujawnianiem czytelnikowi fabuły, można by spokojnie nad wszystkim podeliberować. Najnowsza książka Jacka Dukaja jest zapewne pomnikiem, który on sam sobie wystawił. Imponującym nie tylko rozmiarami, ponieważ jest to rzecz, która powinna być zauważona nie tylko w świecie fanów fantastyki. Mnogość refleksji, oryginalność formy (Dehnel jeszcze długo tak nie będzie pisał), odważna próba połączenia wielkiej wartości intelektualnej z emocjonującą fabułą, a także coś niestety rzadko dziś spotykanego- pisanie o polityce i historii bez patosu, grafomanii i przeintelektualizowania. Niezbyt lubię pisać bezkrytycznie, ale ta książka jest przełomowa. Bardzo trudna, czasochłonna, ale wybitna.
