Posty otagowane 'USA'

Eksperyment trwa

6
Barack Obama prezydentem Stanów Zjednoczonych. Oczywiście należało się tego spodziewać, niemniej wielu z nas nadal nie może ochłonąć. Pomimo mojego małego, prywatnego endorsement dla McCaina, muszę przyznać, że 4 listopada to wielki dzień. Nie da się pozostać obojętnym wobec prezydenta-elekta i jego oratorskich zdolności, odwagi a także dosyć wysmakowanej estetycznie kampanii wyborczej. Przez jego wszechobecność w mediach sam podświadomie nabieram pewnej nadzieji, a także strachu. Czego się bać? Rahm Emanuel, okrzyknięty przez pełnych wiary Polaków naszym przyjacielem, zaś przez Obamę mianowany szefem administracji Białego Domu słusznie stwierdził, że wielki kryzys to moment, gdy społeczeństwo przymyka oko na radykalne zmiany. Gdyby dzisiaj w Ameryce było jak w “złotej”, clintonowskiej erze nikt by zapewne nie pozwolił na wprowadzenie powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. Dziś Obama będzie mógł szarżować z takimi projektami. Nie wierzę we współczesny New Deal, podobnie jak w zalegalizowanie aborcji, niemniej obawiam się, że na Bliskim Wschodzie ludzie nowego prezydenta mogą zrobić gorszy bałagan niż George W. Bush. Z drugiej strony, na stanowisku sekretarza obrony ma pozostać Robert Gates, więc może nie będzie szybkiego wyjścia z Iraku i pozostawienia go na pastwę “braci” z Iranu?

Sukces Baracka Obamy dowodzi, że nie można przyrównywać Stanów Zjednoczonych do zachodniej Europy. Owszem, to ten sam krąg kulturowy, niemniej Ameryka opiera się na zupełnie innych fundamentach. USA od samego początku przyjęły republikańską formę i pomimo niewolnictwa, rasizmu, inwigilacji obywateli oraz Guantanamo powinno się je poddawać innym kryteriom niż np.Hiszpanię czy Polskę. Piję w tym momencie do ludzi, którzy chcieliby bezkrytycznie importować amerykańskie wzorce do Europy- choćby do SLDowskich mędrków, którzy myślą, że rozumieją trendy i głowią się jak wyprodukować własnego Obamę. Najbardziej mnie jednak irytuje powtarzana ze zdumiewającą regularnością co kilka lat mantra o rychłym upadku największego, światowego mocarstwa. Dzika satysfakcja z jaką niektórzy porównują Stany do imperium rzymskiego i wieszczą ich rozpad. Demonstracyjne, czynione po raz setny wyrzucenie “Końca historii” do kosza i pomachanie wykresami świadczącymi o potędze chińskiego “kapitalizmu”. Wreszcie, zupełne niezrozumienie fenomenu Ameryki, jedynego kraju z prawie 300-letnimi tradycjami republikańskimi, który miał je od samego początku. Większości osób trudno jest spojrzeć na politykę z szerokiej, historycznej perspektywy. Stany Zjednoczone to wielki eksperyment, który nadal trwa. Przecież wygrana Obamy to przede wszystkim niespotykana dotąd wielka zmiana estetyczna- nie umniejszając jego faktycznych, wielkich zdolności przywódczych.

Eintopf 1

Istnieją sprawy, których skomentowanie nie jest godne całej notki, a jednak są na tyle dręczące, że chciałbym się podzielić swoimi opiniami na ich temat. Stąd też pomysł na zamieszczany co jakiś czas eintopf- publikowany dla Szanownych Czytelników garnek moich przemyśleń o rzeczach mniej lub bardziej ważnych.

Erstens, zwolennicy McCaina mogą już liczyć tylko na skryty rasizm Amerykanów. Wydaje mi się, że Ameryka ewoluuje. Bardzo prawdopodobne, że w jakimś stopniu objawi się znowu efekt Bradley’a, niemniej nie zmieni on wyników głosowania. Już dawno żaden kandydat nie miał tak widocznej przewagi jak Barack Obama. Od bardzo dawna tak wielkie poparcie nie było tak słabo uzasadnione merytorycznie. Obamamania w najprostszy sposób ucieleśnia zasady teologii politycznej. Cytat witający nas na webpaginie prawdopodobnego przyszłego prezydenta brzmi “I’m asking you to believe. Not just in my ability to bring about real change in Washington… I’m asking you to believe in yours.”. Wszystkie te zaklęcia o potrzebie silnej wiary, nadziei i zgniłych faryzeuszach z Waszyngtonu… Nie zgadzam się z prawicowymi analitykami, którzy chcą przedstawić sukcesy Obamy jako efekt odpowiedniego wykorzystania jego koloru skóry. Jego marsz ku zwycięstwu to przede wszystkim odnalezienie przez Demokratów swojego własnego mesjasza. Ryzykowne postawienie na oryginalnego kandydata, który może być wielki a przy tym mieć znaczne wady. Jest to coś, czego nie uczynili w 2004 roku- gdy ostro lewicujący Howard Dean przegrał walkę o nominację z bezbarwnym senatorem Kerry’m. Droga senatora z Illinois- jego wygrana w walce o kandydaturę i prawdopodobna zdobycie fotela prezydenckiego są dowodem na to, że czasem w polityce warto zagrać va banque.

Zweitens, kiedy “moherofaszyści” publicznie cieszą się ze śmierci profesora Geremka krajowe siły postępu i walki o demokrację czynią rejwach i biadolą o upadku obyczajów. Zasadniczo słusznie, niemniej szkoda, że nie są tak konsekwentni jeśli chodzi o tragiczny wypadek Joerga Haidera. Nie mówię już o komentarzach w lewicowych mediach, które przede wszystkim wyrażają ulgę, że oddalono widmo “podniesienia łeb przez skrajnie prawicowy faszyzm” itp. Mniejsza z tym, że niektórzy nie mają na tyle rozumu by zwrócić uwagę, iż żałoba w Karyntii nie jest chwilowa- Haider został unieśmiertelniony jako “troskliwy Landeshauptmann”. Szkoda wspominać, że przez wiele lat nikła była ilość artykułów, które ukazywały powody popularności Austriaka, takie jak wysoce rozwinięte państwo opiekuńcze. Zajmowano się wyłącznie tym, że kiedyś parę razy pochwalił Hitlera i protestował przeciw dalszemu napływowi imigrantów do rodzinnego kraju. Nie jestem zwolennikiem polityków pokroju Joerga Haidera. A jednak uważam, że każdy ma prawo do godnego wspomnienia. Czy nawet po śmierci nie możemy przestać przyklejać ludziom prymitywnych łatek?

Dreitens, powoli przygotowuję się do przeczytania “Łaskawych” autorstwa tego najnowszego objawienia europejskiej literatury. Po przeczytaniu kilkunastu recenzji i artykułów, niezmiernie obawiam się, że będzie to jedna z tych książek, w których pisarze karzą nam szukać przesłania gdzieś pomiędzy litrami krwi, setkami połamanych kości i seksualnym rozbestwieniem. To ostatnie jest akurat świetnym środkiem wyrazu u Houellebecq’a i dlatego też żywię pewne nadzieje co do książki Jonathana Littel’a. Boję się, że znowu opowieść o naziźmie okaże się zabawą w sprowadzanie go do efektu frustracji czy zaszczepionej przez religię nietolerancji. Sama idea postaci Maxa Aue wydaje mi się już próbą ośmieszenia hitleryzmu poprzez wykreowanie jego modelowego reprezentanta na jakiegoś niezrównoważonego arystokratę a la Hannibal Lecter. Cóż, ponarzekałem, a przecież nawet jeszcze nie czytałem książki.

Proste dywagacje zza Wielkiej Wody

Ameryka pogrąża się w kolejnym kryzysie gospodarczym (wedle wersji różnych mediów najgorszym od Czarnego Czwartku, lat 40. bądź też trudnym do porównania), zaś ja próbuję się doprowadzić do normalnego stanu po kilkudniowej integracji mojego wydziału. Uczę się tego co potrzebne do uzyskania prawa jazdy, śpię i czytam. Wczoraj jeszcze widziałem “Czekając na wyrok”, pomnik poglądów amerykańskich liberałów na kwestie rasowe, ale nie o tym chcę pisać. Otóż kończę właśnie “Listy do młodego konserwatysty” Dinesha D’Souzy. Nie jest to wielkie dzieło, niemniej idealnie ilustruje współczesny, amerykański sposób myślenia o polityce. Coś co pewnie niedługo stanie się też udziałem Europejczyków.

Jak sam tytuł wskazuje, D’Souza wykłada swoje poglądy w postaci listów do swego ucznia Christophera. Występuje tu klasyczna relacja “mistrz-uczeń”, w której ten pierwszy wysłuchuje i odpowiada na pytania drugiego. Autor stawia na kwestie tradycyjnie poruszane przez konserwatystów (oczywiście tych spod znaku neo-) stawiając tradycyjne tezy o braku moralności i obojętności liberałów wobec zła dziejącego się na świecie. Świetnie wykazuje, że pomimo problemów gospodarczych będących w centrum tegorocznej kampanii wyborczej, tym co nadaje ton współczesnej, amerykańskiej polityce są kwestie ideologiczne. USA wyrywają się tym samym z macek marksizmu- wybór biednego rednecka jest determinowany przez poglądy na etykę, zaś dopiero na drugim miejscu stoi sytuacja ekonomiczna. Daleki jestem od krytykowania takiego podejścia do ideowych dylematów. A jednak sposób w jaki Amerykanie łączą nacisk na sprawy moralności i upraszaczanie możliwych opcji do wyboru jest dla mnie niepokojący.

Problem dotyczy nie tylko konserwatystów, ale również liberałów- chodzi oczywiście o amerykańskie rozumienie tych nazw. Jeśli chodzi o sprawę aborcji od razu pojawia się podział na Pro Life i Pro Choice. Gdy jest mowa o neokonserwatystach, z jednej strony stoją zajadli prawicowcy, zaś z drugiej histeryzujący antybushyści. Nie ma zgody jeśli chodzi o ubezpieczenia zdrowotne- albo jesteśmy przywiązani do braku pomocniczości państwa, albo chcemy wellfare state. Nie powinno się krytykować idealizmu, jednak trzeba wyraźnie zastrzec, że nawet najbardziej rozgorączkowany fanatyk jednego poglądu powinien być gotowy na kompromis, choćby dla dobra kraju. Trudno jest pogodzić się w takich kwestiach jak aborcja, niemniej czasy, w których Amerykanie nie są w miarę solidarni względem swojej polityki zagranicznej jawią się nieciekawie. Oczywiście jest to znaczne ułatwienie dla polityków, którym łatwiej jest oszacować jaki pogląd mieć na dany issue.

Fakt, że wyborcy są najczęściej ludźmi prostymi nie został odkryty dziś. Zawsze łatwiej będzie im podsunąć proste dylematy z konkretną, zasugerowaną odpowiedzią niż rozbudowane tematy. Świat się może wydawać prosty normalnemu obywatelowi, niemniej nie powinien się tak jawić profesorowi politologii. Dinesh D’Souza jest niewątpliwie wielkim człowiekiem, superbronią amerykańskich konserwatystów. Jego punktowanie liberalnych przeciwników trudno zanegować, co nie zmienia faktu, że czasem trudno mu zaproponować odpowiednią alternatywę. Za przykład niech posłuży akcja afirmatywna, czyli program wyrównywania szans, który nigdy nie powinien zaistnieć. Niezwykle łatwo jest obalić sens jego egzystowania, co też były doradca Reagana z radością czyni podpierając się liczbami. Dodajmy, że z pochodzenia jest Hindusem, a więc nie klasycznym WASPem, który mógłby przez politycznie poprawnych dziennikarzy być oskarżony o “charakterystyczny dla jego klasy społecznej rasizm”.
Niestety, D’Souza nie proponuje nic innego, a jako politolog na pewno nosi w sobie przecież odpowiednią dawkę pragmatyzmu i dobrze wie, że mniejszości etniczne są wielkim problemem.
Szkoda, że zamiast rozwikłać problem po prostu stawia sobie pytanie z możliwościami wyboru “Tak” i “Nie”.

Obama w Europie i burzenie palazzo

Obama w Berlinie
Żałuję, że akurat żeglowałem. A może nie żałuję? Wiadomo było, że Barack Obama zrobi w Berlinie wielki spektakl, ale mimo wszystko jestem zaskoczony. Szkoda mi, że nie widziałem tego na żywo na CNN, choć z drugiej strony sama sytuacja nie napawa mnie optymizmem. Jako esteta jestem zachwycony uporem amerykańskich spin doctorów, którzy chcą uczynić z senatora nowego Kennedy’ego. Będąc amatorem niemieckiej historii, niezmiernie mnie bawi, że Obama szarżuje z hasłami pokoju, zgody i przyjaźni pod jednym z najpiękniejszych symboli niemieckiego nacjonalizmu. Najbardziej mnie jednak smuci małpi entuzjazm z jakim Europejczycy, zawsze chętni do serwowania “durnym Jankesom” swoich wzorców “wysokiej kultury”, witają przybyłego zza Oceanu idola.

Gdy czytam o Franku Walterze Steinmeierze mówiącym dziennikarzom “Yes, we can” i widzę na zdjęciach tłumy berlińczyków wiwatujące na cześć człowieka, o którym pewnie w praktyce niewiele wiedzą nasuwają mi się pewne spostrzeżenia. Pierwsze jest dosyć banalne- Obama jest świetnym mówcą i potrafi skutecznie łgać przed tłumami, które mają to do siebie, że najczęściej nie próbują zrozumieć tego co słyszą. Zamiast myśleć, wyłapują odpowiadające im zwroty i niefrasobliwie przetwarzają we własne sądy na dany temat. Nikt nie zwraca na to, że główni doradcy polityczni senatora z Illinois to Madeleine Albright, Strobe Talbott i Zbigniew Brzeziński. Dwójka prominentów z czasów Billa Clintona i jeden z największych pragmatyków jankeskiej polityki. Jednoczy ich sprzeciw wobec dosyć idealistycznej szkoły dyplomatycznej jaka jest udziałem doktryny neokonserwatywnej. To oni przekonują kandydata Demokratów, że z państwami “osi zła” trzeba negocjować, a nie walczyć, z Chinami się układać, Rosji odpuszczać grzeszki itp. Oczywiście po ewentualnym zwycięstwie Obamy, Stany Zjednoczone nie odwróciły by się do Europy plecami, niemniej ludzie pokroju Brzezińskiego świetnie rozumieją, że ciężar światowej polityki przenosi się z Atlantyku na Pacyfik. Europejczycy powinni pamiętać, że w pewnym momencie ich stary, sędziwy kontynent przestanie być dla Ameryki najważniejszym partnerem. Ewentualne zwycięstwo nowego idola berlińczyków tylko przybliży ten moment.

Oglądając tłumy wiwatujące w stolicy Niemiec na cześć Amerykanina zadałem sobie pytanie czy społeczeństwa na zachodzie Europy nie cierpią przypadkiem na brak polityków z łatką “antyestablishmentowych”. Specjalnie wspomniałem o łatce, ponieważ Barack Obama również jest przedstawicielem klasy politycznej, choć relatywnie niedoświadczonym. Pozostając w cieniu zdołał w bardzo krótkim czasie stworzyć swój wizerunek człowieka spoza “układów” (skąd my to znamy…). Takie państwa jak Włochy, Hiszpania, Francja czy Niemcy również posiadają długie tradycje demokratyczne, a mimo to od wielu lat panuje w nich to co mieszkańcy Italii określają mianem palazzo. Chodzi o osadzoną w parlamencie klasę polityczną, która jest najczęściej określona przez ramy wiekowe (np.1-2 pokolenia). Oczywiście są to lepiej lub gorzej działające republiki, niemniej brakuje im kogoś, kto wydawał by się być nowy i świeży. Bo czym się różnią socjaliści pokroju Laurenta Fabiusa od prawicy Jean-Pierre Raffarina? David Cameron od Gordona Browna? Edmund Stoiber od Kurta Becka? Dla przeciętnego wyborcy tylko etykietką, ponieważ wyglądają na takich samych urzędników, co więcej nie starają się tego specjalnie zmienić. W tym momencie można wspomnieć o dwóch osobowościach, które mogą się jawić wyjątkami. Pierwsza to Segolene Royal, niedawna poważna rywalka Sarkozy’ego w wyborach prezydenckich. Oczywiście, jest to pierwsza kobieta, która mogła zamieszkać w Pałacu Elizejskim. Nie zmienia to faktu, że sama była przez dłuższy czas członkiem partyjnego aparatu, będąc z nim związana nawet… uczuciowo (w końcu jest partnerką samego przywódcy socjalistów). Inny przykład jest dużo trudniejszy do zbicia, właściwie jest to chyba prawdziwy wyjątek. Chodzi Jose Zapatero, postać o tyle nieciekawą, co bardzo skuteczną. Otóż jest to człowiek, który w epoce potężnego PRu nie stawia na prezencję, czy populizm, tylko nakręca ogólnokrajowy konflikt kulturowy i społeczny. Również on jest dzieckiem aparatu partyjnego, niemniej jest to ktoś kto niesie za sobą realne zmiany, abstrahując od tego czy są one negatywne czy pozytywne. Nie chciałbym pisać, że państwa zachodniej Europy potrzebują własnych Obamów, bo nie uważam tego sukcesu Amerykanina za pozytywne zjawisko. Pragnę tylko zauważyć, że palazzo nigdy nie jest wieczne. Dzisiaj rozważamy kto będzie w przyszłości nami rządził, obserwując ludzi cierpliwie budujących swoje pozycje w partiach, niemniej nie chcemy myśleć, że nagle pojawi się ktoś zupełnie nowy, lub nie brany wcześniej pod uwagę. Jeśli będzie źle ułożony z mediami to pewnie z dnia na dzień zostanie sklasyfikowany jako populista i demagog. Jest jednak cień szansy, iż spodoba się w redakcjach i na wiecach. I to właśnie będzie nowy Obama.

iObama

Jestem stałym czytelnikiem bloga Marcina Gadzińskiego o wyborach prezydenckich w USA. Dziennikarz “Gazety Wyborczej” wrzucił dzisiaj krótką notkę o pojawieniu się listy finalistów konkursu “Obama in 30 seconds”. Jest to inicjatywa zorganizowana przez znany lewicowy serwis MoveOn.org- każdy uczestnik musi przygotować trwający nie więcej niż pół minuty klip o senatorze z Illinois.

Poniższy filmik jest wzorowany na bardzo znanych reklamach Apple’a, w których wyluzowany, młody i sympatyczny facet symbolizujący produkt firmy Steve’a Jobsa zostaje skonfrontowany ze sztywnym, ubranym w garnitur pracownikiem korporacyjnym. Ten drugi ma się kojarzyć np.z Windowsem Vista. Z pogawędki oczywiście zawsze zwycięsko wychodzi pierwszy. Oto przeróbka Obamamaniaków:

Przyjemny, miękki populizm, ale nie o ot mi chodzi. Od razu przypomniałem sobie inną, nieco starszą notkę z już wspomnianego bloga.
Jest tam mowa o bardzo zabawnym, anty-obamowym przemówieniu pewnego przywódcy związkowego. Redaktor Gadziński zacytował z przemówienia to co najlepsze czyli przymiotniki określające sympatyków Obamy jako “latte-drinking, Prius-driving, Birkenstock-wearing, trust fund babies”.

Zapewne nie jestem pierwszy, który o tym pisze, ale zwróciłem uwagę na niemal bezpośrednie łączenie marki z politykiem. Zawsze odnosiłem wrażenie, że politycy chcą aby ich własne nazwiska stawały się swego rodzaju znakami handlowymi i symbolami pewnych idei. Ich następcy mogliby zdobywać punkty wyborcze na byciu “thatcherystą”, “putinistą” czy “gaullistą”. W przykładzie z poprzednich akapitów widać coś w moim mniemaniu bardzo oryginalnego- podpasowywanie polityka pod znane produkty i w konsekwencji pewien styl życia. Chodzi tu bardziej o stereotypy, ale jestem skłonny uwierzyć, iż dla prostych robotników sklasyfikowanie kandydata jako reprezentanta bogatych japiszonów czyni go po prostu skreślonym. Podobnie jak dla młodych użytkowników i owych mieszczuchów skojarzenie z lubianym producentem iPodów i Maców jest jak najbardziej pozytywne.
Ciekawi mnie, czy na dłuższą metę Obama faktycznie się zbawicielem USA i wyrwie spoza wszelkich klasyfikacji. Wydaje mi się, że nie ma cudów i nawet jeśli ciemnoskóry polityk zostanie 44. prezydentem Stanów Zjednoczonych to jego kadencja wcale nie będzie taka wesoła i pełna nadziei jak kampania wyborcza. Rządzenie krajem to trudniejsze zadanie niż pokazywanie się na MySpace, przemawianie na wiecach i bycie tak modnym jak produkty Apple.

Najdłuższy festyn 2008 roku cz.2

Stali czytelnicy (tej niewielkiej grupce dziękuję) zapewne zauważyli, że ostatnio rzadko aktualizuję woyke.loga. Cóż, nie da się ukryć, że klasa maturalna absorbuje mnie wielce- nie tyle sama nauka, co regenerowanie sił. Do początku maja powolne tempo aktualizowania będzie niestety utrzymania. Koniec jednak z tymi tłumaczeniami, dzisiaj chcę dalej pociągnąć rozpoczęty już wątek wyborów prezydenckich w USA. Ten temat będzie się przewijał w moich notkach, aż do listopada.

Najpierw obiecany temat “hamerykański prezydent, a sprawa polska”. Z jednej strony jestem zadowolony, ponieważ pewnej znanej i lubianej Gazecie udało się przeprowadzić wywiad z Obamą, ale z drugiej, żaden z pozostałych kandydatów nie raczył się odważnie wypowiedzieć w kwestii sojuszników z Iraku, a i wspomniana rozmowa nie przynosi nam wiele wiadomości, prócz pozytywnej deklaracji w kwestii wizowej, zresztą jak dla mnie niezbyt ważnej. O ile jestem przeciwko dywagowaniu, który kandydat wygląda na najbardziej przyjaznego itp, bo przynajmniej w teorii, każdy ma realizować ojczystą rację stanu, o tyle warto pomyśleć na czyim zwycięstwie Polska może najwięcej zyskać. Łączy się to przede wszystkim ze sprawą wojny z terroryzmem. Szczerze wierzę, że żaden z kandydatów, którzy mają jeszcze szanse na prezydenturę nie wykona żadnych gwałtownych wolt na Bliskim Wschodzie, niemniej warto czekać na kogoś kto ma w miarę stałe poglądy w tej kwestii. Giuliani jest już na wylocie, Huckabee buduje swój wizerunek na byciu “prawdziwym Amerykaninem”, zaś Romney robi wszystko by nie mówić o jego mormoństwie. Oczywiście upraszczam, w każdym razie jedynym człowiekiem, który naprawdę nie boi się mówić o polityce zagranicznej i ma szanse na nominację jest McCain. Czego by nie sądzić o Republikanach, trzeba mieć szacunek dla faceta, który nawet w najcięższych dla niego chwilach kampanii (był moment, w którym notowania senatora z Arizony były gorsze niż obecne Giulianiego) otwarcie był za pozostaniem w Iraku i amnestią dla imigrantów. Jako Republikanin mógł próbować się podlizać tradycyjnej prawicy i zacząć promować koncepcję muru na południowej granicy, zaś będąc ulubieńcem wyborców niezależnych, zacząć krytykować wojnę w Iraku po całości, a jednak wytrwał w swoich poglądach. Im dłużej obserwuję amerykańskie zmagania wyborcze, tym bardziej mi imponuje. Niewątpliwie byłby dobrym partnerem w rozmowach dyplomatycznych, a i nie uciąłby gwałtownie współpracy w kwestiach bezpieczeństwa, słysząc pomruki niezadowolonego ludu. Dzisiaj, gdy dyskutujemy o tarczy antyrakietowej i próbujemy znaleźć nowego militarnego protektora (bo do tego w istocie zmierzamy po 1989 roku, choć oczywiście nie chcą się uzależniać tak jak w czasach PRLu) wydaje mi się to dosyć ważne.

Czymś co mnie urzekło jest poparcie klanu Kennedy dla senatora Obamy. To takie samospełniające się, naiwne, polityczne marzenie niektórych wyborców. Przecież ciemnoskórego polityka od samego początku kreuje się na nowego JFK, polityka, który realnie może nie zrobił wiele, ale był kimś. Jednym z największych produktów marketingu politycznego, ale i człowiekiem o ogromnej charyzmie. Jego kadencja może nie obfitowała w potrzebne reformy, ale chyba dała amerykańskiemu społeczeństwo coś w rodzaju wielkiego kopa, a co najważniejsze spowodował, że Demokraci rządzili jeszcze przez wiele lat. Myślę, że Obama też widzi w sobie kogoś takiego. Oprócz oczywistej żądzy zdobycia władzy, którą kamufluje lepiej niż Hillary Clinton, jego chęć “wielkiej zmiany” może się sprowadzać właśnie do rozpoczęcia nowego okresu w historii USA- oczywiście zdominowanego przez Partię Demokratyczną. Rewanż na GOP za lata Konserwatywnej Rewolucji, to jest coś, czym senator z Illinois mógłby zdobyć serca swojego aparatu partyjnego. Pomimo zwycięstwa w Karolinie Południowej, Obama znajduje się w bardzo trudnej sytuacji. Poparcie Kennedy’ch jest oczywiście cenne, ale chyba jedyną rzeczą, która może uratować szanse na prezydenturę jest przekonanie Edwardsa do poparcia i kandydowania na wiceprezydenta.

Dzisiaj prawybory w stanie Floryda- woyke.log kibicuje oczywiście McCainowi. Za tydzień, kiedy opadną pyły po Super Tuesday (05.02, prawybory w 24 stanach) postaram się skomentować wyniki. Bo prawdopodobnie właśnie dzień po tym wydarzeniu, które bardzo mi się kojarzy z Super Bowl, poznamy prawdopodobnych kandydatów obu partii.

Najdłuższy festyn 2008 roku cz.1

2008 rok ma być dla polskiej polityki czasem spokoju, cudów i powszechnego dobrobytu- w tej sytuacji wzrok człowieka zainteresowanego polityką naturalnie powinien się przenieść to co się dzieje w innych krajach. Profesor Sadurski już uspokoił rodzimą inteligencję, a skoro jest naprawdę dobrze i nawet wynegocjowane przez kaczystowską dyplomację warunki przyjęcia Traktatu Reformującego są do zaakceptowania, to dzisiaj zajmę się współczesnymi igrzyskami. Nie chodzi o rozdanie nagród MTV czy Ligę Mistrzów (niestety FC Barcelona nie ma najjaśniejszych perspektyw, ale bloga sportowego założę kiedy indziej), tylko o wybory prezydenckie w USA.

Już w tym roku wybrany zostanie przywódca największego światowego mocarstwa. Ktoś nieobeznany z tematem mógłby powiedzieć, że odbędą się one dopiero czwartego listopada, więc chyba jeszcze za wcześnie, aby o nich pisać. Nie, to już nawet za późno, ponieważ Amerykanie szaleją na punkcie elections od co najmniej pół roku. Dzięki lekturze świetnego bloga dziennikarza Gazety Wyborczej, Marcina Gadzińskiego, sam się tematem zafascynowałem, w związku z czym nie odmówię sobie paru krótkich komentarzy.

Po pierwsze, nie bez powodu nadałem notce tytuł “najdłuższy festyn 2008 roku”. Nie tylko wśród nielicznego grona polskich bloggerów politycznych zainteresowanych tematem, da się wyczuć fascynację bardziej odpowiednią dla ważnego meczu piłkarskiego, niż znaczącego wydarzenia w historii. Odwiedzając co jakiś czas witryny Politico, The New Republic czy nawet The Washington Times, odnoszę wrażenie, że nawet wielu Amerykanów traktuje wybory jako pewną zabawę. Plebiscyt, w którym wybierzemy najbardziej medialnego człowieka- po ośmiu latach rządów Busha, najlepiej kogoś przyjemnego, “miękkiego”. A, że kulminacja odbędzie się dopiero 4 listopada, czeka nas jeszcze wiele atrakcji.

Może to kwestia braku wyrazistych kandydatów? Wśród Republikanów mamy dwóch “klasyków”- Romneya i Huckabee, z czego pierwszy wyróżnia się swoim mormonizmem. Przecież religia nie powinna mieć znaczenia, prawda? I nie ma, wydaje mi się, że jest tylko znakiem rozpoznawczym dla kogoś, kto jest modelowym przykładem człowieka establishmentu. Serio, takich ludzi widuje się jako kongresmenów na amerykańskich filmach. Huckabee jest z kolei nieco prostszy, ale to znowu good fellow, który przypilnuje prawa do posiadania broni itp. Powyższa dwójka jest obecnie na piedestale, z którego jeszcze nie strącono Rudolpha Giuliani’ego, republikanina tylko z imienia. Nie wiadomo o nim wiele, poza tym, że ma świetny kontakt z wyborcami, a także w czasie WTC był dla nowojorczyków świetnym przywódcą. Naprawdę trudno rzec coś więcej. Były burmistrz sam zresztą zaznacza, że Stany Zjednoczone potrzebują przede wszystkim silnego szeryfa, zaś problemy z edukacją i deficytem jakoś się rozwiążą. Są jeszcze John McCain oraz mój ulubieniec- Ron Paul. Pierwszy jest świetnym, doświadczonym politykiem, który mimo to lepiej sprawdziłby się w spokojnych, “clintonowskich” czasach. Drugi to taki zamorski Korwin, który jednak ma o wiele więcej politycznej ogłady. Wiem, o to nietrudno, ale miło, że jest kraj, gdzie staroświeccy liberałowie są zaliczani do grona głównych kandydatów.

Z Demokratami sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Zaczniemy od obecnego faworyta, mulata, który zdążył już być określony “pierwszym murzynem z szansami na prezydenturę”, zaś pierwsze jego nazwisko brzmi… Hussein. Barack Obama jest niewątpliwie ciekawą postacią, którą pod względem ideowym najprędzej można zakwalifikować do amerykańskiego liberalizmu. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj w Ameryce na program polityczny głosują tylko ludzie religijni, bądź członkowie National Rifle Association, więc popularność Obamy wynika skądinąd. Zdaje się on być takim Kaczyńskim tamtejszej młodzieży, ponieważ jego głównym hasłem jest wielka zmiana. O co dokładnie chodzi- nie wiadomo, ale wiadomo za to, że wszyscy są już zmęczeni Irakiem, wysokim deficytem oraz brakiem ubezpieczeń zdrowotnych co może nas powoli naprowadzać na jakieś konkrety. Senator z Illinois, podobnie jak inni kandydaci nie będzie mógł radykalnie zmienić amerykańskiej polityki. Jasne, potrzeba jakiegoś zbliżenia z Europą, korekty w Afganistanie, ale wydaje mi się, że do uczynienia ze Stanów państwa opiekuńczego droga jeszcze daleka. Narazie wszyscy są zauroczeni jego zdolnościami krasomówczymi, niezłą fizys oraz rozbudzaniem nadziei na wielkie przemiany. Cóż, uważam że jest to o wiele przyjemniejszy człowiek niż Hillary Clinton. Pani senator jest znaną żoną bardzo znanego męża, co zresztą dane nam było zobaczyć podczas jej pierwszych wieców wyborczych, na których więcej osób chciało uścisnąć rękę Billowi. Rzeczą, którą wzbudza podziw jest jej determinacja aby zdobyć władzę (znowu Demokrata podobny do Kaczyńskiego!), oraz sprawność z jaką organizuje swoją kampanię. Zresztą pomimo całej odmienności kulturowej USA, myślę, że nasze “masowe” partie (szczególnie PiS) powinny zainwestować w wysłanie kogoś kto by podpatrywał pracę sztabu Hillary. Czemu? Żeby zobaczyć jak łączyć zdobywanie poparcia “mieszczuchów” oraz “prowincjuszy”. Inna sprawa, że moim zdaniem duża część zwolenników Clinton to ludzie tęskniący za prezydenturą jej męża i naiwnie liczący, że będzie znowu tak pięknie jak w latach dziewięćdziesiątych. A przecież po 9/11 nic już nie jest takie samo, prawda?
Wśród Demokratów liczy się jeszcze John Edwards, bogacz liczący na głosy biedaków, co niezmiennie przywodzi mi na myśl francuską “kawiorową” lewicę. Niestety, chyba dwóch wcześniej opisanych kandydatów jest już za bardzo z przodu.

Oczywiście trochę generalizuję, ale w gąszczu debat, reklamówek i analiz przed kolejnymi prawyborami (Wtorek, New Hampshire! McCain ma wygrać!) nie jest łatwo wyrobić sobie obiektywny punkt widzenia. Kończę część pierwszą, a następnej spróbuję się zastanowić nad kwestią “Hamerykański prezydent, oraz sprawa polska” oraz dorzucę parę przemyśleń. Tymczasem zachęcam do samodzielnego śledzenia amerykańskiej zabawy w demokrację, dużo lepiej im to wychodzi niż nam.

Sami skazujemy się na klęskę

Chyba już przy okazji notki o neokonserwatystach wspomniałem, iż łatwo jest się wyżywać na Bushu dzisiaj. Podobnie jest z Irakiem. Odnoszę wrażenie, że media znowu tworzą wokół wyjścia zeń podobne złudzenie powszechnej zgody, tak jak w 2003 przy okazji dyskusji (a właściwie jej braku) co do brania udziału w interwencji. Od samego początku byłem zwolennikiem zbrojnej walki z Saddamem i pomimo, że operacja okazała się o wiele trudniejsza, niż przypuszczano, nadal wierzę w to, że może się choć częściowo udać. Pomimo, że wszyscy zauważają realną poprawę sytuacji w tym dziwacznym, bliskowschodnim wynalazku Brytyjczyków, nagle znaczna część polskich komentatorów “zrozumiała”, że październik 2008 to dobra data na opuszczenie Camp Babilon. Oczywiście Kaczyńscy narzekają, ale skoro oni mówią, że trzeba jeszcze trochę zostać to już jesteśmy pewni swojego zdania. Trzeba wyjść, a co! Nie będziemy słuchać faszystowskiego bełkotu!

Jestem ostatni do narzekania na polaczkostwo, mówienia “nienawidzę tego kraju/sp*** stąd na Wyspy/wstyd w Europie”, ale postawa Polaków wobec Iraku jest naprawdę godna pożałowania. To jest właśnie “typowo polskie”- uczestniczyć w inwazji na jakiś kraj (może nawet rekompensując sobie brak historycznej pociechy, jak powiadał Stasiuk), a potem przy dobrej prasie, wycofać się. Na dodatek, akurat w momencie, kiedy Irak ruszył w dobrą stronę, zaś jego mieszkańcy zaczęli przejawiać pozytywne formy działalności obywatelskiej (vide milicje pomagające w utrzymywaniu porządku i zwalczaniu terrorystów). Być może interwencja w 2003 roku była błędem, może zamiast misjonarstwa, trzeba było uprawiać realpolitik i współpracować z Husajnem, aby na przykład najechać Iran. Może, ale tak to bywa w demokracji, że społeczeństwo zbiera owoce działań swoich rządów, również tych złych. Trochę wstyd by mi było pracować w gazecie, która lubi się określać jako konserwatywno-liberalna i pisać takie rzeczy. Do tego jeszcze przyjacielskie klepnięcie w plecy Schroedera i Chiraca wydaje mi się już naprawdę śmieszne, a najlepsze jest końcowe porównanie do Pearl Harbour. Czyżby publicysta “Dziennika” jednak zwiastował w dalszej perspektywie zwycięstwo USA?

Nie będę oryginalny, i stwierdzę, że nawet jeśli za rok, w Gabinecie Owalnym zasiądzie członek Partii Demokratycznej, kurs wobec Iraku znacznie się nie zmieni. To może być świetna lekcja dla Polaków. Amerykanie pomimo całej swojej “hamerykańskości” mają nieco więcej doświadczenia w kwestiach obywatelskiej odpowiedzialności. Pomijając zgraje misjonarzy i siwiejących pacyfistów, w znacznej mierze zdają sobie sprawę z tego, że najgłupsze co mogliby teraz zrobić to nagle wycofać się z Bliskiego Wschodu. Pomysłem nie jest również zostawienie kilkudziesięciu instruktorów i doradców, jak sugerują niektórzy. Albo uczestniczymy w odbudowie tego kraju, albo nie. Do tego jeszcze przez dłuższy czas może być przydatne regularne wojsko. No, ale po co nasze wojsko miało odwalać ciężką pracę, skoro możemy się pouśmiechać (polityka uśmiechów, to podstawa!) do Europy i nie przywozić kolejnych trumien z Bagdadu? Łatwiej jest się samemu skazać na klęskę, niż dokończyć podjęte raz wyzwanie.

Wakacje z neokonserwatyzmem

W 2001 roku, tuż po 11 września, wszystko wydawało się prostsze. Mniejsza czy zamach był dziełem Al Kaidy, czy makiawelicznej kamaryli z CIA- wszyscy patrzyliśmy zatrwożeni w ekrany telewizorów (lub komputerów) i widzieliśmy wiwatujące tłumy Arabów na ulicach miast. Niewiele wtedy myślano o tym, że jest to tylko radykalna mniejszość itd., świat Zachodu znalazł wreszcie okazję- aby wyładować cichą niechęć do arabskich imigrantów (Francja, Hiszpania itp.), pokazać, że nadal jest potęgą, i wreszcie, kilkanaście lat po upadku ZSRR spersonalizować nowego globalnego wroga.

Twin Towers to również apogeum sukcesów amerykańskich neokonserwatystów, uwieńczenie ich zwycięskiego pochodu, rozpoczętego od “Republikańskiej Rewolucji” w połowie lat dziewięćdziesiątych. Od tego czasu zdążyli wprowadzić popieranego przez siebie George’a Busha jr na urząd prezydencki i stać się znaczącą siłą w debacie publicznej. Wspinając się po plecach religijnej prawicy, stali się prawdziwymi elitami “bushystowskiego” państwa. Po wspomnianym już Twin Towers, to oni pierwsi rzucili hasło ataku na Afganistan, oraz w dalszej perspektywie Irak i Iran. Dzisiaj, cztery lata po rozpoczęciu operacji w Iraku, “neoconi” zdają się spadać z piedestału, podobnie jak notowania aktualnego prezydenta.

Sam pamiętam, że swego czasu byłem neokonserwatyzmem zafascynowany- robił na mnie wrażenie ich otwarty imperializm i poczucie misji, a także szacunek dla wolnego rynku, tykanie fundamentalistów religijnych tylko w celach politycznych oraz stanowczość wobec terrorystów. Wydawało mi się, że osiągnięcia Aznara, Blaira, a także zapowiadane jakiś czas później sukcesy niemieckiej chadecji i Sarkozy’ego wynikają w jakiś sposób ze skuteczności takich ludzi jak Podhoretz czy Gingrich. Miałem spóźnione poczucie “końca historii”- armie Zachodu maszerowały aby nieść demokrację ciemnym ludom Wschodu, zgnieść zgniłe socjaldemokracje swoją ideową mocą itp. Cóż, każdy bywał naiwny. Moje “wakacje z neokonserwatyzmem” (skojarzenia z tytułem ostatniej “Krytyki Politycznej” tylko połowicznie dobre…) skończyły się nawet szybciej, niż entuzjazm tzw.”światowej opinii publicznej” dla wojny z terroryzmem. O ile nadal uważam walkę z islamistami za potrzebną, o tyle strasznie mi wstyd, że dałem się uwieść trockistom i “campusowym” lewakom, którzy w pewnym momencie nabrali ochoty na zabawę w globalną politykę. Oczywiście specjalnie przesadzam, ale określenia w stylu “islamofaszyzm” (oczywiście, pomijając ich smaczny, populistyczny kontekst) wskazują na pewien prymitywizm, tak charakterystyczny dla pokolenia ‘68.

Pomimo, że sytuacja w Iraku powoli się stabilizuje, zaś Rudolph Giuliani jest prawdopodobnym republikańskim kandydatem na prezydenta, atmosfera do atakowania neoconsów jest nadal świetna. Szczególnie w Polsce, gdzie z naciąganych powodów, zwykło się porównywać bushyzm do kaczyzmu, zaś tarcza antyrakietowa staje się traumą “spokojnych i zmęczonych brutalnością politycznego szamba” wyborców zwycięskiej partii. Wyraz tym nastrojom daje w opublikowanym około dwóch tygodni temu komentarzu, “pierwszy emo IV RP” (made by Orliński) Cezary Michalski. Widzę w jego słowach wiele prawdy, a zarazem coś dzięki czemu zarówno PiS, jak i neokonserwatyści mają szansę jeszcze powrócić do władzy. Otóż wiceredaktor naczelny “Dziennika” całą swoją uwagę skupia na opisywaniu niewątpliwych błędów Busha, przy okazji omijając potencjalną receptę na problemy, które wyniosły go do władzy. Myślę, że ten tekst o wiele lepiej wyglądałby na jakimś opiniotwórczym blogu, ale w gazecie jest tylko kolejnym ciosem wymierzonym w pseudoprawicowe (bo co z neoconów za prawica…) gęby. A tak, Michalski postawił sprawdzonego Schmitta w jednym szeregu z nigdy nie zrealizowanym Jungerem, i wcisnął na siłę rymkiewiczowskiego żubra w amerykański kontekst. Z tym ostatnim to naprawdę głupota, bo w gruncie rzeczy Wolfowitz, Rumsfeld i banda odnowili spór, który o amerykańską politykę zagraniczną toczy się już od dawna.

Mimo wszystko, nadal podziwiam neokonserwatystów. Dzisiaj, gdy ideologie ustępują miejsca ekonomii, bohaterom mojego tekstu, udało się przebić marazm. Oparli się na establishmencie i wielkim biznesie, aby pewnym kosztem przemycić swoje, a niech użyję tego słowa, monumentalne idee. I choć nie po drodze mi z nimi, myślę, że już na stałe wpisali się do historii i nie do końca wiadomo czy negatywnie- aby to ocenić, potrzeba jednak jeszcze trochę czasu.


Kategorie

Archiwa