2008 rok ma być dla polskiej polityki czasem spokoju, cudów i powszechnego dobrobytu- w tej sytuacji wzrok człowieka zainteresowanego polityką naturalnie powinien się przenieść to co się dzieje w innych krajach. Profesor Sadurski już uspokoił rodzimą inteligencję, a skoro jest naprawdę dobrze i nawet wynegocjowane przez kaczystowską dyplomację warunki przyjęcia Traktatu Reformującego są do zaakceptowania, to dzisiaj zajmę się współczesnymi igrzyskami. Nie chodzi o rozdanie nagród MTV czy Ligę Mistrzów (niestety FC Barcelona nie ma najjaśniejszych perspektyw, ale bloga sportowego założę kiedy indziej), tylko o wybory prezydenckie w USA.
Już w tym roku wybrany zostanie przywódca największego światowego mocarstwa. Ktoś nieobeznany z tematem mógłby powiedzieć, że odbędą się one dopiero czwartego listopada, więc chyba jeszcze za wcześnie, aby o nich pisać. Nie, to już nawet za późno, ponieważ Amerykanie szaleją na punkcie elections od co najmniej pół roku. Dzięki lekturze świetnego bloga dziennikarza Gazety Wyborczej, Marcina Gadzińskiego, sam się tematem zafascynowałem, w związku z czym nie odmówię sobie paru krótkich komentarzy.
Po pierwsze, nie bez powodu nadałem notce tytuł “najdłuższy festyn 2008 roku”. Nie tylko wśród nielicznego grona polskich bloggerów politycznych zainteresowanych tematem, da się wyczuć fascynację bardziej odpowiednią dla ważnego meczu piłkarskiego, niż znaczącego wydarzenia w historii. Odwiedzając co jakiś czas witryny Politico, The New Republic czy nawet The Washington Times, odnoszę wrażenie, że nawet wielu Amerykanów traktuje wybory jako pewną zabawę. Plebiscyt, w którym wybierzemy najbardziej medialnego człowieka- po ośmiu latach rządów Busha, najlepiej kogoś przyjemnego, “miękkiego”. A, że kulminacja odbędzie się dopiero 4 listopada, czeka nas jeszcze wiele atrakcji.
Może to kwestia braku wyrazistych kandydatów? Wśród Republikanów mamy dwóch “klasyków”- Romneya i Huckabee, z czego pierwszy wyróżnia się swoim mormonizmem. Przecież religia nie powinna mieć znaczenia, prawda? I nie ma, wydaje mi się, że jest tylko znakiem rozpoznawczym dla kogoś, kto jest modelowym przykładem człowieka establishmentu. Serio, takich ludzi widuje się jako kongresmenów na amerykańskich filmach. Huckabee jest z kolei nieco prostszy, ale to znowu good fellow, który przypilnuje prawa do posiadania broni itp. Powyższa dwójka jest obecnie na piedestale, z którego jeszcze nie strącono Rudolpha Giuliani’ego, republikanina tylko z imienia. Nie wiadomo o nim wiele, poza tym, że ma świetny kontakt z wyborcami, a także w czasie WTC był dla nowojorczyków świetnym przywódcą. Naprawdę trudno rzec coś więcej. Były burmistrz sam zresztą zaznacza, że Stany Zjednoczone potrzebują przede wszystkim silnego szeryfa, zaś problemy z edukacją i deficytem jakoś się rozwiążą. Są jeszcze John McCain oraz mój ulubieniec- Ron Paul. Pierwszy jest świetnym, doświadczonym politykiem, który mimo to lepiej sprawdziłby się w spokojnych, “clintonowskich” czasach. Drugi to taki zamorski Korwin, który jednak ma o wiele więcej politycznej ogłady. Wiem, o to nietrudno, ale miło, że jest kraj, gdzie staroświeccy liberałowie są zaliczani do grona głównych kandydatów.
Z Demokratami sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Zaczniemy od obecnego faworyta, mulata, który zdążył już być określony “pierwszym murzynem z szansami na prezydenturę”, zaś pierwsze jego nazwisko brzmi… Hussein. Barack Obama jest niewątpliwie ciekawą postacią, którą pod względem ideowym najprędzej można zakwalifikować do amerykańskiego liberalizmu. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj w Ameryce na program polityczny głosują tylko ludzie religijni, bądź członkowie National Rifle Association, więc popularność Obamy wynika skądinąd. Zdaje się on być takim Kaczyńskim tamtejszej młodzieży, ponieważ jego głównym hasłem jest wielka zmiana. O co dokładnie chodzi- nie wiadomo, ale wiadomo za to, że wszyscy są już zmęczeni Irakiem, wysokim deficytem oraz brakiem ubezpieczeń zdrowotnych co może nas powoli naprowadzać na jakieś konkrety. Senator z Illinois, podobnie jak inni kandydaci nie będzie mógł radykalnie zmienić amerykańskiej polityki. Jasne, potrzeba jakiegoś zbliżenia z Europą, korekty w Afganistanie, ale wydaje mi się, że do uczynienia ze Stanów państwa opiekuńczego droga jeszcze daleka. Narazie wszyscy są zauroczeni jego zdolnościami krasomówczymi, niezłą fizys oraz rozbudzaniem nadziei na wielkie przemiany. Cóż, uważam że jest to o wiele przyjemniejszy człowiek niż Hillary Clinton. Pani senator jest znaną żoną bardzo znanego męża, co zresztą dane nam było zobaczyć podczas jej pierwszych wieców wyborczych, na których więcej osób chciało uścisnąć rękę Billowi. Rzeczą, którą wzbudza podziw jest jej determinacja aby zdobyć władzę (znowu Demokrata podobny do Kaczyńskiego!), oraz sprawność z jaką organizuje swoją kampanię. Zresztą pomimo całej odmienności kulturowej USA, myślę, że nasze “masowe” partie (szczególnie PiS) powinny zainwestować w wysłanie kogoś kto by podpatrywał pracę sztabu Hillary. Czemu? Żeby zobaczyć jak łączyć zdobywanie poparcia “mieszczuchów” oraz “prowincjuszy”. Inna sprawa, że moim zdaniem duża część zwolenników Clinton to ludzie tęskniący za prezydenturą jej męża i naiwnie liczący, że będzie znowu tak pięknie jak w latach dziewięćdziesiątych. A przecież po 9/11 nic już nie jest takie samo, prawda?
Wśród Demokratów liczy się jeszcze John Edwards, bogacz liczący na głosy biedaków, co niezmiennie przywodzi mi na myśl francuską “kawiorową” lewicę. Niestety, chyba dwóch wcześniej opisanych kandydatów jest już za bardzo z przodu.
Oczywiście trochę generalizuję, ale w gąszczu debat, reklamówek i analiz przed kolejnymi prawyborami (Wtorek, New Hampshire! McCain ma wygrać!) nie jest łatwo wyrobić sobie obiektywny punkt widzenia. Kończę część pierwszą, a następnej spróbuję się zastanowić nad kwestią “Hamerykański prezydent, oraz sprawa polska” oraz dorzucę parę przemyśleń. Tymczasem zachęcam do samodzielnego śledzenia amerykańskiej zabawy w demokrację, dużo lepiej im to wychodzi niż nam.