Posty otagowane 'wybory'

Eksperyment trwa

6
Barack Obama prezydentem Stanów Zjednoczonych. Oczywiście należało się tego spodziewać, niemniej wielu z nas nadal nie może ochłonąć. Pomimo mojego małego, prywatnego endorsement dla McCaina, muszę przyznać, że 4 listopada to wielki dzień. Nie da się pozostać obojętnym wobec prezydenta-elekta i jego oratorskich zdolności, odwagi a także dosyć wysmakowanej estetycznie kampanii wyborczej. Przez jego wszechobecność w mediach sam podświadomie nabieram pewnej nadzieji, a także strachu. Czego się bać? Rahm Emanuel, okrzyknięty przez pełnych wiary Polaków naszym przyjacielem, zaś przez Obamę mianowany szefem administracji Białego Domu słusznie stwierdził, że wielki kryzys to moment, gdy społeczeństwo przymyka oko na radykalne zmiany. Gdyby dzisiaj w Ameryce było jak w “złotej”, clintonowskiej erze nikt by zapewne nie pozwolił na wprowadzenie powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. Dziś Obama będzie mógł szarżować z takimi projektami. Nie wierzę we współczesny New Deal, podobnie jak w zalegalizowanie aborcji, niemniej obawiam się, że na Bliskim Wschodzie ludzie nowego prezydenta mogą zrobić gorszy bałagan niż George W. Bush. Z drugiej strony, na stanowisku sekretarza obrony ma pozostać Robert Gates, więc może nie będzie szybkiego wyjścia z Iraku i pozostawienia go na pastwę “braci” z Iranu?

Sukces Baracka Obamy dowodzi, że nie można przyrównywać Stanów Zjednoczonych do zachodniej Europy. Owszem, to ten sam krąg kulturowy, niemniej Ameryka opiera się na zupełnie innych fundamentach. USA od samego początku przyjęły republikańską formę i pomimo niewolnictwa, rasizmu, inwigilacji obywateli oraz Guantanamo powinno się je poddawać innym kryteriom niż np.Hiszpanię czy Polskę. Piję w tym momencie do ludzi, którzy chcieliby bezkrytycznie importować amerykańskie wzorce do Europy- choćby do SLDowskich mędrków, którzy myślą, że rozumieją trendy i głowią się jak wyprodukować własnego Obamę. Najbardziej mnie jednak irytuje powtarzana ze zdumiewającą regularnością co kilka lat mantra o rychłym upadku największego, światowego mocarstwa. Dzika satysfakcja z jaką niektórzy porównują Stany do imperium rzymskiego i wieszczą ich rozpad. Demonstracyjne, czynione po raz setny wyrzucenie “Końca historii” do kosza i pomachanie wykresami świadczącymi o potędze chińskiego “kapitalizmu”. Wreszcie, zupełne niezrozumienie fenomenu Ameryki, jedynego kraju z prawie 300-letnimi tradycjami republikańskimi, który miał je od samego początku. Większości osób trudno jest spojrzeć na politykę z szerokiej, historycznej perspektywy. Stany Zjednoczone to wielki eksperyment, który nadal trwa. Przecież wygrana Obamy to przede wszystkim niespotykana dotąd wielka zmiana estetyczna- nie umniejszając jego faktycznych, wielkich zdolności przywódczych.

Proste dywagacje zza Wielkiej Wody

Ameryka pogrąża się w kolejnym kryzysie gospodarczym (wedle wersji różnych mediów najgorszym od Czarnego Czwartku, lat 40. bądź też trudnym do porównania), zaś ja próbuję się doprowadzić do normalnego stanu po kilkudniowej integracji mojego wydziału. Uczę się tego co potrzebne do uzyskania prawa jazdy, śpię i czytam. Wczoraj jeszcze widziałem “Czekając na wyrok”, pomnik poglądów amerykańskich liberałów na kwestie rasowe, ale nie o tym chcę pisać. Otóż kończę właśnie “Listy do młodego konserwatysty” Dinesha D’Souzy. Nie jest to wielkie dzieło, niemniej idealnie ilustruje współczesny, amerykański sposób myślenia o polityce. Coś co pewnie niedługo stanie się też udziałem Europejczyków.

Jak sam tytuł wskazuje, D’Souza wykłada swoje poglądy w postaci listów do swego ucznia Christophera. Występuje tu klasyczna relacja “mistrz-uczeń”, w której ten pierwszy wysłuchuje i odpowiada na pytania drugiego. Autor stawia na kwestie tradycyjnie poruszane przez konserwatystów (oczywiście tych spod znaku neo-) stawiając tradycyjne tezy o braku moralności i obojętności liberałów wobec zła dziejącego się na świecie. Świetnie wykazuje, że pomimo problemów gospodarczych będących w centrum tegorocznej kampanii wyborczej, tym co nadaje ton współczesnej, amerykańskiej polityce są kwestie ideologiczne. USA wyrywają się tym samym z macek marksizmu- wybór biednego rednecka jest determinowany przez poglądy na etykę, zaś dopiero na drugim miejscu stoi sytuacja ekonomiczna. Daleki jestem od krytykowania takiego podejścia do ideowych dylematów. A jednak sposób w jaki Amerykanie łączą nacisk na sprawy moralności i upraszaczanie możliwych opcji do wyboru jest dla mnie niepokojący.

Problem dotyczy nie tylko konserwatystów, ale również liberałów- chodzi oczywiście o amerykańskie rozumienie tych nazw. Jeśli chodzi o sprawę aborcji od razu pojawia się podział na Pro Life i Pro Choice. Gdy jest mowa o neokonserwatystach, z jednej strony stoją zajadli prawicowcy, zaś z drugiej histeryzujący antybushyści. Nie ma zgody jeśli chodzi o ubezpieczenia zdrowotne- albo jesteśmy przywiązani do braku pomocniczości państwa, albo chcemy wellfare state. Nie powinno się krytykować idealizmu, jednak trzeba wyraźnie zastrzec, że nawet najbardziej rozgorączkowany fanatyk jednego poglądu powinien być gotowy na kompromis, choćby dla dobra kraju. Trudno jest pogodzić się w takich kwestiach jak aborcja, niemniej czasy, w których Amerykanie nie są w miarę solidarni względem swojej polityki zagranicznej jawią się nieciekawie. Oczywiście jest to znaczne ułatwienie dla polityków, którym łatwiej jest oszacować jaki pogląd mieć na dany issue.

Fakt, że wyborcy są najczęściej ludźmi prostymi nie został odkryty dziś. Zawsze łatwiej będzie im podsunąć proste dylematy z konkretną, zasugerowaną odpowiedzią niż rozbudowane tematy. Świat się może wydawać prosty normalnemu obywatelowi, niemniej nie powinien się tak jawić profesorowi politologii. Dinesh D’Souza jest niewątpliwie wielkim człowiekiem, superbronią amerykańskich konserwatystów. Jego punktowanie liberalnych przeciwników trudno zanegować, co nie zmienia faktu, że czasem trudno mu zaproponować odpowiednią alternatywę. Za przykład niech posłuży akcja afirmatywna, czyli program wyrównywania szans, który nigdy nie powinien zaistnieć. Niezwykle łatwo jest obalić sens jego egzystowania, co też były doradca Reagana z radością czyni podpierając się liczbami. Dodajmy, że z pochodzenia jest Hindusem, a więc nie klasycznym WASPem, który mógłby przez politycznie poprawnych dziennikarzy być oskarżony o “charakterystyczny dla jego klasy społecznej rasizm”.
Niestety, D’Souza nie proponuje nic innego, a jako politolog na pewno nosi w sobie przecież odpowiednią dawkę pragmatyzmu i dobrze wie, że mniejszości etniczne są wielkim problemem.
Szkoda, że zamiast rozwikłać problem po prostu stawia sobie pytanie z możliwościami wyboru “Tak” i “Nie”.

Najdłuższy festyn 2008 roku cz.1

2008 rok ma być dla polskiej polityki czasem spokoju, cudów i powszechnego dobrobytu- w tej sytuacji wzrok człowieka zainteresowanego polityką naturalnie powinien się przenieść to co się dzieje w innych krajach. Profesor Sadurski już uspokoił rodzimą inteligencję, a skoro jest naprawdę dobrze i nawet wynegocjowane przez kaczystowską dyplomację warunki przyjęcia Traktatu Reformującego są do zaakceptowania, to dzisiaj zajmę się współczesnymi igrzyskami. Nie chodzi o rozdanie nagród MTV czy Ligę Mistrzów (niestety FC Barcelona nie ma najjaśniejszych perspektyw, ale bloga sportowego założę kiedy indziej), tylko o wybory prezydenckie w USA.

Już w tym roku wybrany zostanie przywódca największego światowego mocarstwa. Ktoś nieobeznany z tematem mógłby powiedzieć, że odbędą się one dopiero czwartego listopada, więc chyba jeszcze za wcześnie, aby o nich pisać. Nie, to już nawet za późno, ponieważ Amerykanie szaleją na punkcie elections od co najmniej pół roku. Dzięki lekturze świetnego bloga dziennikarza Gazety Wyborczej, Marcina Gadzińskiego, sam się tematem zafascynowałem, w związku z czym nie odmówię sobie paru krótkich komentarzy.

Po pierwsze, nie bez powodu nadałem notce tytuł “najdłuższy festyn 2008 roku”. Nie tylko wśród nielicznego grona polskich bloggerów politycznych zainteresowanych tematem, da się wyczuć fascynację bardziej odpowiednią dla ważnego meczu piłkarskiego, niż znaczącego wydarzenia w historii. Odwiedzając co jakiś czas witryny Politico, The New Republic czy nawet The Washington Times, odnoszę wrażenie, że nawet wielu Amerykanów traktuje wybory jako pewną zabawę. Plebiscyt, w którym wybierzemy najbardziej medialnego człowieka- po ośmiu latach rządów Busha, najlepiej kogoś przyjemnego, “miękkiego”. A, że kulminacja odbędzie się dopiero 4 listopada, czeka nas jeszcze wiele atrakcji.

Może to kwestia braku wyrazistych kandydatów? Wśród Republikanów mamy dwóch “klasyków”- Romneya i Huckabee, z czego pierwszy wyróżnia się swoim mormonizmem. Przecież religia nie powinna mieć znaczenia, prawda? I nie ma, wydaje mi się, że jest tylko znakiem rozpoznawczym dla kogoś, kto jest modelowym przykładem człowieka establishmentu. Serio, takich ludzi widuje się jako kongresmenów na amerykańskich filmach. Huckabee jest z kolei nieco prostszy, ale to znowu good fellow, który przypilnuje prawa do posiadania broni itp. Powyższa dwójka jest obecnie na piedestale, z którego jeszcze nie strącono Rudolpha Giuliani’ego, republikanina tylko z imienia. Nie wiadomo o nim wiele, poza tym, że ma świetny kontakt z wyborcami, a także w czasie WTC był dla nowojorczyków świetnym przywódcą. Naprawdę trudno rzec coś więcej. Były burmistrz sam zresztą zaznacza, że Stany Zjednoczone potrzebują przede wszystkim silnego szeryfa, zaś problemy z edukacją i deficytem jakoś się rozwiążą. Są jeszcze John McCain oraz mój ulubieniec- Ron Paul. Pierwszy jest świetnym, doświadczonym politykiem, który mimo to lepiej sprawdziłby się w spokojnych, “clintonowskich” czasach. Drugi to taki zamorski Korwin, który jednak ma o wiele więcej politycznej ogłady. Wiem, o to nietrudno, ale miło, że jest kraj, gdzie staroświeccy liberałowie są zaliczani do grona głównych kandydatów.

Z Demokratami sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Zaczniemy od obecnego faworyta, mulata, który zdążył już być określony “pierwszym murzynem z szansami na prezydenturę”, zaś pierwsze jego nazwisko brzmi… Hussein. Barack Obama jest niewątpliwie ciekawą postacią, którą pod względem ideowym najprędzej można zakwalifikować do amerykańskiego liberalizmu. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj w Ameryce na program polityczny głosują tylko ludzie religijni, bądź członkowie National Rifle Association, więc popularność Obamy wynika skądinąd. Zdaje się on być takim Kaczyńskim tamtejszej młodzieży, ponieważ jego głównym hasłem jest wielka zmiana. O co dokładnie chodzi- nie wiadomo, ale wiadomo za to, że wszyscy są już zmęczeni Irakiem, wysokim deficytem oraz brakiem ubezpieczeń zdrowotnych co może nas powoli naprowadzać na jakieś konkrety. Senator z Illinois, podobnie jak inni kandydaci nie będzie mógł radykalnie zmienić amerykańskiej polityki. Jasne, potrzeba jakiegoś zbliżenia z Europą, korekty w Afganistanie, ale wydaje mi się, że do uczynienia ze Stanów państwa opiekuńczego droga jeszcze daleka. Narazie wszyscy są zauroczeni jego zdolnościami krasomówczymi, niezłą fizys oraz rozbudzaniem nadziei na wielkie przemiany. Cóż, uważam że jest to o wiele przyjemniejszy człowiek niż Hillary Clinton. Pani senator jest znaną żoną bardzo znanego męża, co zresztą dane nam było zobaczyć podczas jej pierwszych wieców wyborczych, na których więcej osób chciało uścisnąć rękę Billowi. Rzeczą, którą wzbudza podziw jest jej determinacja aby zdobyć władzę (znowu Demokrata podobny do Kaczyńskiego!), oraz sprawność z jaką organizuje swoją kampanię. Zresztą pomimo całej odmienności kulturowej USA, myślę, że nasze “masowe” partie (szczególnie PiS) powinny zainwestować w wysłanie kogoś kto by podpatrywał pracę sztabu Hillary. Czemu? Żeby zobaczyć jak łączyć zdobywanie poparcia “mieszczuchów” oraz “prowincjuszy”. Inna sprawa, że moim zdaniem duża część zwolenników Clinton to ludzie tęskniący za prezydenturą jej męża i naiwnie liczący, że będzie znowu tak pięknie jak w latach dziewięćdziesiątych. A przecież po 9/11 nic już nie jest takie samo, prawda?
Wśród Demokratów liczy się jeszcze John Edwards, bogacz liczący na głosy biedaków, co niezmiennie przywodzi mi na myśl francuską “kawiorową” lewicę. Niestety, chyba dwóch wcześniej opisanych kandydatów jest już za bardzo z przodu.

Oczywiście trochę generalizuję, ale w gąszczu debat, reklamówek i analiz przed kolejnymi prawyborami (Wtorek, New Hampshire! McCain ma wygrać!) nie jest łatwo wyrobić sobie obiektywny punkt widzenia. Kończę część pierwszą, a następnej spróbuję się zastanowić nad kwestią “Hamerykański prezydent, oraz sprawa polska” oraz dorzucę parę przemyśleń. Tymczasem zachęcam do samodzielnego śledzenia amerykańskiej zabawy w demokrację, dużo lepiej im to wychodzi niż nam.

Teraz oni

Jako obywatel, życzę Platformie wszystkiego najlepszego. Po prostu tak wypada, choć Tuska darzę taką samą antypatią jak Kaczyńskiego. Gryzę się trochę z tymi świeżo postwyborczymi odczuciami, bo z jednej strony odczuwam irracjonalną pokusę ujrzenia platformersów potykających się o zdobytą władzę, zaś z drugiej strony, wiem, że jest to skrajnie niemoralne. Dlatego staram się myśleć o pozytywnych stronach tego niedzielnego triumfu pro-EU and pro-business party. Może te podane przez BBC przymiotniki nie są tak fałszywe, jak brzmią? Może Radosław Sikorski, którego bardzo lubię, właśnie teraz zacznie zyskiwać wyższe słupki sondażowe niż Ziobro i Kwaśniewski razem wzięci? Może Schetyna, ten “POowski Gosiewski”, pozostanie tylko szarą eminencją wśród partyjnych karierowiczów? Może Chlebowskiemu i Szejnfeldowi naprawdę uda się przepchnąć kilka liberalnych reform? A może w tym wszystkim Tusk pozbędzie się swoich dalekosiężnych aspiracji i pozostanie tym spokojnym, skoncentrowanym na swojej pracy premierem? Cieszę się, że zadaję sobie takie pytania, bo choć są one naiwne, dają mi podstawę, aby myśleć, że nie przesiąkłem duchem któregoś z politycznych fanatyzmów. A dziedzictwem IV RP jest niestety duża grupa ludzi, którzy już teraz życzą Polsce pod rządem względnych liberałów, wszystkiego najgorszego. Dokładnie tak jak po wyborach w 2005 roku, samych kataklizmów życzyli Polsce ci, którym było dobrze przedtem.

Tak, może będzie tak różowo jak w “Ekipie”, ale na pewno nie teraz. PiS musi odnaleźć swoją nową rolę, LiD podobnie. Każda z tych partii uczyni to kosztem Platformy. Ta zaś znajduje się wbrew pozorom w patowej sytuacji. Powinna utrzymać poparcie ludzi, głosujących nań na zasadzie “wszystko, byle nie Kaczory”, zmierzyć się z narastającymi problemami, rozdać kolejne porcje kiełbasy wyborczej pięlegniarkom itd., obronić się przed ofensywą PiSu i LiDu, a także zręcznie manewrować pomiędzy docenianiem III RP, a jej krytykowaniem. Nietrudno zauważyć taki, umiejętnie podsycany przez wiele mediów trend, który da się streścić słowami “no to wreszcie spokój w kraju”. Wielu ludzi ostatnie, gorączkowe wojenki między partiami strasznie brało do siebie. Aby zabliźnić ich fantomowe rany, Tusk musi pozostać tym kim był przez ostatnie dwa tygodnie, zaś PO musi przynajmniej stworzyć pozory bycia partią ekspertów. To smutne, ale aby odnosić sukcesy, zarówno realne, jak i sondażowe, Platforma musi sprawić, że polska polityka znowu stanie się nudna.

Nieznośna lekkość głosu

Lada moment, w kraju zapadnie cisza wyborcza, która zapewne zostania naruszona przez faszystowskich wywrotowców, rozklejających ostatnie plakaty, bądź inszych panów wznoszących po wyjściu z pubu okrzyki na część “Przewodniczącego …”. W niedzielę, nieco większa niż zazwyczaj ilość obywateli pójdzie do urn, zaś o godzinie 19.50, Justyna Pochanke podskoczy z zachwytu, bądź powtórzy swój zmieszany wyraz twarzy sprzed dwóch lat. Co będzie potem, nie wie chyba nikt, choć niewykluczone, że w kwartecie Kaczyński-Kwaśniewski-Pawlak-Tusk zawarto już jakieś dżentelmeńskie umowy i opito je “na obie nóżki”. Nie będę zaprzeczał, lubię się bawić w proroka, jak chyba każdy średnio zainteresowany polityką Polak. Postanowiłem spisać kilka okołowyborczych impresji:

1) Materia kaczystowska jest bardzo złośliwa i wydaje mi się, że nawet w wypadku przegranej i nie znalezienia się w rządzie, to ona może wyjść najlepiej na tych wyborach. Wynika to z założenia, że PiS najlepiej czuje się w opozycji. Przypuśćmy, że Tusk bierze nawet pełnię władzy po wyborach. Chyba każdy sobie zdaję sprawę z tego, że czteroletnia kadencja to wystarczający czas, żeby wiele spraw zaprzepaścić, a także za krótki, aby głęboko kraj zreformować. Oprócz tego, potrzeba ostrego marketingu politycznego, szczególnie w naszej obecnej demokracji, która jak słusznie skomentował podczas dzisiejszej lekcji WOSu Kamil- nabiera kolorów. Właśnie w tej demokracji, Platforma będzie musiała poświęcać autopromocji rządu jeszcze więcej uwagi, niż Kaczyńscy. PO idzie po władzę w bardzo trudnym momencie- magiczne dla głosującej klasy średniej wskaźniki gospodarcze zaczną się niedługo uspokajać, zaś planowane liberalne reformy gospodarcze jeszcze długo nie będą w tym kraju sposobem na zdobycie popularności wśród mas. W tej sytuacji zmasowana ofensywa PiSu z wykorzystaniem sloganów o “pędzącej gospodarce lat 2005-07″ i “nowej Nocnej Zmianie, dokonanej ponurą jesienią 2007 roku” może spowodować, że za cztery lata to Kaczyńscy znowu będą świętować. Oczywiście w tym czasie wiele się może wydarzyć- LiD przebije się do szerszego elektoratu, PO się zabawi CBA, w PiS nastąpi rozłam, prezydent będzie wetował niezbędne i popularne ustawy itp. A może Tusk okaże się takim, swego czasu mocno promowanym w “Dzienniku”, konserwatywno-liberalnym księciem pokoju? Tak, wszystko się może zdarzyć, choć przewodniczący Donald prędzej pozostanie wyluzowanym “bratem łatą” swoich wyborców (zresztą jego postawa przez ostatni tydzień to majstersztyk, nie tyle nawet populistyczny, co po prostu polityczny) niż dostojnym i podziwianym księciem.

2) Po debacie z Kaczyńskim, obstawiałem, że przywódca Platformy zażył jakiś stymulujący narkotyk. Bo cóż to za Tusk, bez “kompleksu Jarosława Kaczyńskiego” (frustracja ostatnich dwóch lat), “kompleksu prezydenckiego” (porażka w 2005 roku) i lekkiego poddenerwowania? No cóż, to jest nowy Tusk. Polityk, który nie próbuje być sprytniejszy, niż mistrzowie cynizmu, oraz nie ma niebotycznych aspiracji na, Bóg wie jakiego męża stanu. W tym przypadku potwierdza się stare prawidło, które mówi, że najlepiej jest być sobą. Oczywiście głupio to brzmi w aktualnym, postpolitycznym kontekście, ale obecny wizerunek “dobrego opiekuna klasy średniej” chyba najbardziej pasuje do miękkiej osobowości, jaką w gruncie rzeczy jest Donald Tusk. Już parę miesięcy temu przemknęło mi przez myśl, że nienawistny Kaczyński jest najwyżej śmieszny, ale nienawistny Tusk to już doprawdy groteska. Bo o ile ten pierwszy jest po prostu wysokiej klasy ekspertem od politycznej agresji z naturalnym talentem, o tyle drugi po pierwsze tego nie potrzebuje (z uwagi na inny elektorat), a po drugie nie potrafi.

3) Wyjdę na paranoika, ale chyba najbardziej zadowolonymi z wygranej PO, będą TVN i Dziennik. Energia z jaką publikują kolejne “przełomowe” sondaże jest nieskończona, zaś w ciągu tygodnia ciche, społeczne przekonanie, że “PiS i tak wygra” (swoją drogą podejrzewałem, że to też swego rodzaju gierka, mająca zmobilizować wyborców do osłabienia partii rządzącej) zmieniło się w pewność triumfu partii Tusk. Instynktownie czuję tu świetną sposobność do powtórki z 2005 roku, kiedy “ciemnogrodzianie” sprawili ludziom psikusa i wynieśli do władzy swoich “oszołomskich kandydatów”. Co do faworyzowania przez TVN, to nie wiem jak ktoś przyzwoity może mówić po debacie Kwaśniewski – Tusk, że wygrał ten drugi. Ci, którzy trochę czytają mojego bloga, znają mój stosunek do postkomunistycznej nomenklatury. Nie przyznałbym zwycięstwa jej czołowemu symbolowi bez powodów. A wydaje mi się, że w tej najprzyjemniejszej do oglądania (miano “najsympatyczniejszej” przyznaję pojedynkowi Giertych kontra Miller) walce “klasyczny Kwaśniewski” rozjechał nieco zagubionego i zbyt pewnego siebie Donalda. Przypadkowo, komentatorzy stacji ITI ogłosili remis, bądź przewagę kandydata PO. Nie będę komentował sondaży “kto wygrał”, ponieważ cisną mi się na język różne nieciekawe oskarżenia. Fakt faktem, jeden Marek Migalski wyłamał się i stwierdził, że zdecydowaną wiktorię odniósł były prezydent, tyle, że ten politolog jest raczej prorządowy, więc kto by mu wierzył?

To tyle, aczkolwiek jutro zapewne nie powstrzymam się od wrzucenia paru dodatkowych uwag. Szczerze współczuję wyborcom (w tym roku, do tego szacownego, ponad trzydziestomilionowego grona, zalicza się również masa moich drogich rówieśników). Nie tylko wyboru pomiędzy “mniejszymi złami” (to akurat trapi niemal wszystkie europejskie demokracje, nie martwcie się). Smutniejsza jest owa nieznośna lekkość głosu oddanego na dwie czołowe partie- pamiętajcie, że owa kartka jest lekka niczym piórko i wystarczy podmuch politycznego wiatru, aby z wyrazu poparcia dla rządów “nowoczesnego” PO-LiDu, stało się pomocą dla “europejsko-ludowego” PO-PSL. To się nazywa wybieranie “reprezentantów własnych poglądów”, nie?

P.S. Nie polecam Latarnika Wyborczego, bo wychodzą przerażające wyniki, do których wstyd się przyznać.

Estetyczna åkcja wyborcza

Tegoroczne akcje mające na celu zwiększenie frekwencji wyborczej nie są moim zdaniem specjalnie efektowne. Zresztą, kiedy się dowiedziałem, że bezpłatny brukowiec Agory organizuje kampanię, która się nazywa “Daj głos”, zwątpiłem również w efektywność. Średnio to dowcipne, a czy kogoś, kto nie ma zamiaru iść do urny, powinno się zachęcać zawołaniem, który budzi skojarzenia z rozkazywaniem psu? Spośród wielu przeciętnych grafik, stron internetowych, plakatów i filmów, poniższa grafika wybija się zdecydowanie pozytywnie:


Kategorie

Archiwa